Lazurowe Wybrzeże, czyli pięć dni i wszystkie windy w okolicy

Posłuchaj wpisu (9:58)

Czyta syntetyczny głos AI Google

Lazurowe Wybrzeże, czyli pięć dni i wszystkie windy w okolicy – Nicea

Plan był prosty, jak zawsze: odpocząć, popatrzeć na morze, trochę połazić, coś zjeść i wrócić. Dopiero na miejscu okazało się, że cały region zbudowano na klifach, zboczach i wszelkich możliwych pochyłościach, a ludzie odpowiedzialni za jego zaprojektowanie najwyraźniej mieli coś przeciwko płaskiemu terenowi. I tak rozpoczęła się moja pięciodniowa walka z geografią Lazurowego Wybrzeża. Geografią, w której bardzo szybko najważniejszym elementem infrastruktury okazała się winda.

Nicea, czyli pierwsze wrażenia

W Nicei lądujemy z dwugodzinnym opóźnieniem. Dobry początek. Coś się popsuło we Włoszech i przez jakiś czas zamiast lecieć do Francji, spędzaliśmy w samolocie zdecydowanie więcej czasu, niż przewidywał plan. Przy okazji cała misternie ułożona przez WizzAir-a strategia polegająca na porozrzucaniu rodziny po całym samolocie wzięła w łeb. Czasami nawet opóźnienie lotu ma swoje dobre strony.

Po przylocie kupiliśmy Pass SudAzur – kartę pozwalającą korzystać z pociągów, autobusów i tramwajów w całym regionie. Sto euro za dwie osoby zamiast prawie dwustu. Już na samym początku udało się więc zaoszczędzić tyle, że można było spokojnie przeznaczyć pieniądze na prezenty. Ekonomia wyjazdowa została uratowana.
Pierwszego wieczoru planowaliśmy wejście na wzgórze zamkowe. Spojrzałem na wzgórze. Wzgórze spojrzało na mnie. Przełożyliśmy.
Po pierwsze było już późno, po drugie mieliśmy na sobie nasze warszawskie ubrania, które w tamtej temperaturze po połowie drogi mogłyby zacząć pełnić funkcję odzieży termicznej. Postanowiliśmy więc nie sprawdzać, czy na szczycie jest pomoc medyczna.

Èze, czyli lekcja pokory

Èze to średniowieczna wioska przyklejona do skały około czterystu metrów nad morzem. Na zdjęciach wygląda bajkowo. W rzeczywistości również, tylko zdjęcia mają tę przewagę, że nie pokazują człowiekowi przewyższenia. Autobus zawozi na sam szczyt, co przez pierwsze dwie minuty brzmi jak rozwiązanie wszystkich problemów. Potem okazuje się, że sama wioska została zbudowana według zasady: jeśli można coś postawić wyżej, to dlaczego właściwie tego nie zrobić. Nie było tam „trochę pod górkę”. Było pionowo. Na szczęście znaleźliśmy windę. Winda jeździ z parkingu na poziom zero. Czyli pomaga jak umarłemu kadzidło.

Jest też słynna ścieżka Nietzschego. Tą drogą filozof podobno schodził do morza i obmyślał „Tako rzecze Zaratustra”. Na tabliczce oczywiście nie napisano, co jeszcze przy tym mówił. Ja się domyślam. Podejrzewam, że nie wszystkie jego przemyślenia nadawały się do umieszczenia na tablicy informacyjnej.

Z Èze wyszliśmy z kompletem zdjęć wąskich uliczek, kamiennych domów, widoków na morze i bardzo mocnym przekonaniem, że na tym wyjeździe będziemy wybierać przede wszystkim te atrakcje, do których można dojechać.

Następny przystanek: Monako.

Monako, czyli luksus, windy i rachunek roamingowy

Kasyno w Monte-Carlo obejrzeliśmy z zewnątrz. Uważam to za najlepszą decyzję inwestycyjną całego wyjazdu. Nie straciłem ani eurocenta.
Potem był Ogród Japoński. Darmowy, spokojny i przede wszystkim płaski. Trzy cechy, które na Lazurowym Wybrzeżu rzadko występują jednocześnie.
Przeszliśmy promenadą z odciskami stóp słynnych piłkarzy. Niestety RL9 nie znaleźliśmy. Była za to duża łapa oraz Adam i Ewa, więc pod względem atrakcji artystycznych też nie było źle.
Luksusowe samochody w Monako nie są żadnym mitem. Naprawdę jest ich tam mnóstwo. Jeden za drugim, jakby ktoś urządził wystawę samochodową, tylko zapomniał postawić ogrodzenie.

Dworzec w Monako jest w całości pod ziemią. Są windy, ruchome schody i wszystko działa tak, jak powinno. Pierwszy raz podczas tego wyjazdu byłem naprawdę wdzięczny architektowi. Niestety właśnie na dworcu telefon postanowił przypomnieć mi, że Monako jest osobnym państwem. Zamiast francuskiego zasięgu przełączył się na lokalną sieć i nagle okazało się, że jestem poza Unią Europejską. Czyli przez chwilę miałem luksusową lokalizację i potencjalnie luksusowy rachunek za telefon. Na szczęście obyło się bez finansowej katastrofy.

Antibes i Cannes, czyli lawenda kontra przestrzeń w plecaku

Rano pojechaliśmy do Antibes. Najpierw targ prowansalski pod zadaszoną halą. I właśnie tutaj popełniliśmy błąd zakupowy, z którego jestem dumny. Kupiliśmy tyle lawendy, że od tego momentu każda wolna przestrzeń w plecaku była już przeznaczona na lawendę. Pamiątki z kolejnych dni musiały z nią konkurować o miejsce. Lawenda wygrywała. Mieliśmy jej tyle, że po powrocie można było odnieść wrażenie, że nie wróciliśmy z Francji, tylko otworzyliśmy własną plantację.

Antibes ma również ogromny port jachtowy. Około dwóch tysięcy jachtów, nabrzeże miliarderów i widoki, które bardzo wyraźnie przypominają człowiekowi, że istnieją ludzie posiadający łódki większe od niektórych bloków.

Nie byliśmy gorsi. Zjedliśmy tam bagietkę i parówki z Carrefour. W miejscu, gdzie zdecydowanie bardziej pasowałby szampan i kawior.

Po południu Cannes.

La Croisette ma około dwóch kilometrów. Przeszliśmy ją w delikatnym, ciepłym deszczu i wyschliśmy w kilka minut. Francuska pogoda najwyraźniej uznała, że nie ma sensu przesadzać.

Poszliśmy też zrobić sobie zdjęcie na słynnych schodach, po których podczas festiwalu chodzą gwiazdy. Na co dzień są po prostu szare. Czerwony dywan pojawia się tylko na festiwal. Mieliśmy jednak szczęście, bo akurat trwała jakaś impreza festiwalowa, więc Cannes wyglądało trochę bardziej filmowo niż zwykle.

Na promenadzie stoją również rzeźby Bruno Catalano – charakterystyczni brązowi podróżni z wyrwanym kawałkiem tułowia, stojący na nogach i walizce. Artysta, który jako dziecko wyemigrował, mówił o tym, że każdy człowiek wyjeżdżający z rodzinnego miejsca zostawia w nim część siebie. Przez dziurę w korpusie rzeźby widać morze. Człowiek przystaje przy niej dłużej, niż planował.

Wzgórze zamkowe, podejście drugie

Poniedziałek był najładniejszym dniem całego wyjazdu. Tym razem znaleźliśmy windę. Co najzabawniejsze, była tam cały czas. Przy nabrzeżu, kilkaset metrów od miejsca, w którym cztery dni wcześniej uznałem, że wejście na wzgórze zamkowe nie jest nam do niczego potrzebne. Alternatywą są schody Lesage’a. Trzysta stopni. Trzysta. Samo słowo „trzysta” powinno być wystarczającą informacją, żeby człowiek poszukał windy. Na szczęście jej poszukaliśmy. Prawda jest tak że schodami w dół jest tylko trochę lepiej :P.

Z góry widać całą Zatokę Aniołów, łuk Promenady Anglików i pomarańczowe dachy starej Nicei. Byliśmy tam rano, kiedy słońce znajdowało się jeszcze za nami, a morze wychodziło na zdjęciach dokładnie tak, jak powinno – jakby ktoś wcześniej ustawił filtr „Lazurowe Wybrzeże”. Na wzgórzu jest też wodospad. Sztuczny, z XIX wieku. Kiedy doprowadzono do Nicei wodę z gór, zamiast zrobić zwykły zbiornik, zrobiono kaskadę na szczycie wzgórza. Niestety podczas naszej wizyty nie działała… Francuzi…

Na nabrzeżu w bruk wmurowano natomiast zegar słoneczny z dokładnymi współrzędnymi miasta. Różnica między nim a telefonem wynosiła dwie godziny. Zegar się nie mylił. Myliła się cała reszta świata.

Wieczorem poszliśmy na Place Masséna. Po zmroku zapala się tam siedem figur ustawionych na wysokich słupach – po jednej symbolicznie dla każdego kontynentu – i powoli zmieniają kolory. Plac ma charakterystyczną czarno-białą szachownicę w bruku, która po deszczu odbija światła i wszystko wokół. Nicea po zmroku wygląda wtedy naprawdę świetnie.

Wtorek, czyli sześćdziesiąt milimetrów deszczu

We wtorek spadło sześćdziesiąt milimetrów deszczu. Przez poprzednie cztery dni spadły łącznie trzy.

Czyli pogoda najwyraźniej uznała, że skoro jeszcze jesteśmy, to warto nadrobić zaległości. Postanowiliśmy pójść do muzeum. I wtedy Nicea zagrała va banque. Muzea miejskie są we wtorki zamknięte. Wszystkie. To jest ten moment podróży, w którym człowiek zaczyna podejrzewać, że miejscowi mają jakiś własny kalendarz, którego turyści nie dostają przy zakupie biletu.

Poszliśmy więc do centrum handlowego, ale nie zachwyciło nas na tyle, żeby spędzić tam pół dnia. Po krótkim spacerze i obiedzie wróciliśmy do hotelu.

Wieczór filmowy też jest formą zwiedzania. Tylko bardziej poziomą.

Podsumowanie

W pięć dni:

  • odwiedziliśmy cztery miasta i jedno księstwo,
  • nie weszliśmy o własnych siłach na ani jedno wzgórze, jeśli tylko istniała możliwość znalezienia windy,
  • znaleźliśmy trzy windy, z czego dwie prowadziły dokładnie tam, gdzie trzeba,
  • przeszliśmy kilka promenad,
  • zjedliśmy bagietki i parówki z Carrefour w miejscach zdecydowanie bardziej odpowiednich dla ludzi jedzących kawior,
  • przywieźliśmy lawendę w ilości hurtowej,
  • zobaczyliśmy jachty, których właściciele prawdopodobnie nie wiedzą, ile kosztuje Pass SudAzur,
  • wydaliśmy trochę pieniędzy, ale nie przegraliśmy ani centa w kasynie,
  • zrobiliśmy tyle zdjęć, że telefon po raz kolejny zaczął negocjować warunki dalszej współpracy,
  • i nauczyliśmy się, że na Lazurowym Wybrzeżu pytanie „czy daleko?” jest zdecydowanie mniej ważne od pytania „czy jest tam winda?”.

Wniosek zostawiam za darmo:

Na Lazurowym Wybrzeżu wszystko, co najładniejsze, da się zobaczyć z poziomu morza albo skorzystać z windy. Reszta to marketing dla ludzi z lepszymi kolanami.