My litle Way :-) 1978 – 1999

Posłuchaj wpisu (8:10)

Czyta syntetyczny głos AI Google

Urodziłem się 17 marca 1978 roku (48 lat, 7 miesięcy i 15 dni temu), więc gdybym był winem, już dawno miałbym wartość kolekcjonerską. Ale nie, zamiast tego wybrałem bycie leniwym płodem, który nie przejmuje się terminami. To się zresztą specjalnie nie zmieniło – nadal jestem mistrzem prokrastynacji. Gdybym wiedział, że urodzenie się po kuzynce da mi tytuł „młodego”, to pewnie bym się pospieszył. Ale nie. Musiałem poczekać, aż sama zacznie mówić do mnie „stara”.

Szkoła i pierwsze zainteresowania

Przedszkole? Pff… ominąłem je z gracją. Najwyraźniej już wtedy uznałem, że instytucjonalna edukacja ma swoje granice. Zerówkę skończyłem z wynikiem bardzo dobrym 😉 i zaczęła się moja edukacja szkolna. Z kilkoma przerwami trwa do dziś i właściwie nikt nie wie, kiedy się skończy. Później zostało to skreślone 🙂. Było to tak dawno temu, że nie pamiętam już, co tam właściwie się działo. Uczniem byłem raczej przeciętnym. Nie dlatego, że nie mogłem być lepszy. Po prostu najwyraźniej uznałem, że nie ma sensu przesadzać. Specjalnie się tym zresztą nie przejmowałem. Już wtedy najwyraźniej miałem dobrze rozwiniętą umiejętność oszczędzania energii. Dotyczyło to rzeczy, które nie wydawały mi się szczególnie istotne.

Na komunię dostałem zegarek. Tyle że nie taki, jaki mieli wszyscy. W czasach, kiedy większość dzieci dostawała zegarki Montana, ja dostałem zegarek z kalkulatorem. Czyli już wtedy było wiadomo, że będę szedł własną drogą. Inni wiedzieli, która jest godzina. Ja dodatkowo wiedziałem, ile jest 17 razy 23. Nie wiem, czy ta funkcja kiedykolwiek uratowała mi życie. Ale przynajmniej wyglądałem jak człowiek przygotowany na nadejście XXI wieku.

Trening, komputery i wspomnienia z dzieciństwa i młodości

Później przyszedł czas na rozwijanie tężyzny fizycznej. Przez kilka lat podnosiłem ciężary w RKS Ursus. Trenowałem aż do ukończenia 18 roku życia. Nie zostałem olimpijczykiem i nie pobiłem rekordu świata. Raczej nie groziło mi, że ktoś postawi mój pomnik przed halą sportową. Ale przynajmniej przez kilka lat miałem bardzo dobry powód, żeby nosić ciężkie rzeczy. Mogłem twierdzić, że robię to dla zdrowia.

W tym samym czasie pojawiły się komputery. Najpierw Commodore 64, później kilka Amig. Oczywiście na komputerach można było grać i z tej możliwości również korzystałem. Ale po pewnym czasie samo granie przestało wystarczać. Zacząłem pisać dema i kombinować z grafiką, muzyką i kodem. Zacząłem też robić proste gierki. Zamiast ograniczyć się do korzystania z komputera, postanowiłem sprawdzić, jak działa od środka. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, był to chyba jeden z pierwszych sygnałów. Zwykłe używanie czegoś nigdy nie będzie mi wystarczać. Wcześniej czy później będę musiał sprawdzić, jak to jest zrobione.

Prababcia – mój obrońca

Miałem też prababcię, która przez sporą część mojego dzieciństwa pełniła funkcję nieformalnego działu obrony. Kiedy zdarzały mi się jakieś dziwne grzeszki, pojawiał się temat konsekwencji. Prababcia bardzo często stawała po mojej stronie. Jej głównym argumentem obronnym było przypominanie Tacie, że on również kiedyś był młody. Psocił również. Była to całkiem skuteczna metoda. Trudno jednocześnie karać własne dziecko za młodzieńcze wybryki i udowadniać, że samemu nigdy nie było się młodym idiotą. W pewnym sensie miałem więc już wtedy pierwszego adwokata.

Dalsza edukacja zawodowa i rozważania nad karierą

Po podstawówce udałem się do szkoły zasadniczej zawodowej. Zdobyłem tytuł Montera Ciągników. Tak, dokładnie. Monter ciągników. Brzmi trochę jak zawód wybrany przez generator przypadkowych profesji. Ale był to całkiem konkretny fach. Zwłaszcza mieszkając w Ursusie. Przez kilka lat bardzo konsekwentnie przygotowywałem się do pracy przy ciężkim sprzęcie.
Po zawodówce poszedłem do technikum. Zdobyłem tytuł technika mechanika samochodowego. Miałem już dwa zawody, a perspektywy wyglądały całkiem rozsądnie. Problem polegał na tym, że najwyraźniej świat postanowił mi trochę pomóc. W zmianie kariery. Kiedy skończyłem zawodówkę, zamknęli ZPC Ursus. Kiedy skończyłem technikum, zamknęli FSO na Żeraniu. Uznałem więc, że chyba nie powinienem pracować w zawodzie. Przez kilka lat bardzo solidnie zdobywałem kwalifikacje dokładnie w momencie, kiedy ktoś gdzieś zamykał zakład, w którym mógłbym je wykorzystać. Do dzisiaj nie pracuję ani jako monter ciągników, ani jako mechanik samochodowy. Nie mam jednak do nikogo pretensji. W końcu trudno mieć pretensje do losu, który tak elegancko zasugerował mi zmianę branży.

Internet, muzyka i wojsko

W technikum trochę się zresztą rozkręciłem. Razem z kolegą założyłem radiowęzeł. Zaczęły się moje przygody z muzyką oraz kobietami. Jedne i drugie, jak się później okazało, miały zostać ze mną na długo. Maturę zdałem. Z przygodami, ale zdałem. W międzyczasie zacząłem pracować w Liwonie. Założyłem dla niej Internet Cafe na Niedźwiadku. Był rok 1999. Internet radiowy był wtedy właściwie technologiczną ciekawostką. Postanowiłem trochę się w tę ciekawostkę zaangażować. Przy okazji narobiłem sobie trochę wrogów. Próba zrobienia czegoś nowego w takich czasach nie wszystkim się podobała. W czasach, kiedy większość ludzi dopiero odkrywała, że Internet może być czymś więcej niż miejscem z czatem i pocztą elektroniczną, moje pomysły były problematyczne. Ale przynajmniej było ciekawie.

Studia i wyrzucenie z uczelni

Namówiony częściowo przez Tomka poszedłem później do WSE-I. Niestety uczelnia nie poznała się na moim talencie. Po dwóch semestrach mnie wyrzuciła. Do dzisiaj uważam, że był to błąd systemu edukacji. Moja strata również, ale jednak przede wszystkim ich. Skutkiem ubocznym wyrzucenia z uczelni było znalezienie się „we wojsku”. O ile oczywiście to, co mi się przytrafiło, można nazwać wojskiem. W każdym razie mundur był. Obowiązek wobec Ojczyzny spełniłem. Mogłem dopisać kolejny bardzo nietypowy punkt do swojego życiorysu.

Po wojsku przyszła kolej na kolejny pomysł. Studia z bezpieczeństwa państwa. Brzmiało to całkiem logicznie. Na szczęście w porę się opamiętałem. Bałem się skończyć te studia z wiadomych względów. I tak oto po raz kolejny przerwałem edukację. Zanim zdążyła zrobić mi większą krzywdę.

Podsumowanie

Patrząc na to wszystko z perspektywy czasu, trudno powiedzieć, że miałem szczególnie precyzyjnie zaplanowaną karierę. Najpierw chciałem być człowiekiem od ciągników. Później od samochodów. Potem trochę od komputerów, trochę od muzyki, trochę od Internetu. Trochę od wojska i trochę od bezpieczeństwa państwa. W żadnej z tych dziedzin nie zrobiłem dokładnie tego, do czego zostałem przygotowany. Za to chyba całkiem nieźle nauczyłem się jednej rzeczy. Jak coś się kończy, można zacząć robić coś zupełnie innego. I chyba właśnie dlatego moja edukacja, praca i życie zawodowe nigdy nie przebiegały szczególnie zgodnie z planem. Na szczęście nigdy specjalnie nie przeszkadzało mi to, że planu nie ma.

Urodziłem się 17 marca 1978 roku
My litle Way :-) 1978 – 1999 – Ursus
My litle Way :-) 1978 – 1999 – Ursus
My litle Way :-) 1978 – 1999 – Ursus