Są spektakle, które się ogląda. Są też takie, które wciągają widza jak ruchome schody w centrum handlowym – zanim człowiek zdąży się zorientować, jest już na zupełnie innym poziomie.
Tak właśnie poczułem się kiedy usiadłem na widowni Teatru Buffo, aby zobaczyć „Politę” oczywiście z Jolą bo to prezent urodzinowy od niej. Już po kilku minutach miałem wrażenie, że teatr postanowił pokłócić się z kinem i udowodnić, że potrafi więcej.
Scenografia, która robi wrażenie
Scenografia nie kończyła się na deskach sceny. Rozrastała się jak ciasto drożdżowe pozostawione bez opieki. Przenosiła mnie z Warszawy do Berlina, z Berlina do Hollywood, a chwilami nawet w sam środek filmowego snu.
Efekt 3D działał na wyobraźnię niczym mocna kawa o szóstej rano. Obrazy wyskakiwały z ekranu z taką swobodą, jakby grawitacja zrobiła sobie wolne. Co chwilę łapałem się na tym, że odruchowo chciałem zrobić krok w bok, choć siedziałem wygodnie w fotelu. Mózg najwyraźniej uznał, że lepiej dmuchać na zimne.
Natasza Urbańska i zmiana scenerii
Natasza Urbańska jako Pola Negri poruszała się po scenie z lekkością piórka niesionego wiosennym wiatrem. Chwilę później scena zamieniała się w hollywoodzkie studio filmowe. Za moment przenosiła mnie na rozświetlony Broadway.
Tempo zmian przypominało pilota telewizora w rękach dziecka. Zanim zdążyłem nacieszyć oczy jednym obrazem, pojawiał się następny, jeszcze bardziej efektowny.
Muzyka i choreografia
Muzyka płynęła przez salę jak szeroka rzeka. Raz spokojnie kołysała, innym razem porywała z siłą górskiego potoku.
Choreografie były tak precyzyjne, że wyglądały, jakby każdy tancerz miał wbudowany system nawigacji z dokładnością do milimetra. Ani jednego fałszywego kroku. Nawet moje myśli próbowały dotrzymać im tempa, choć szybko zostały w tyle.
Spotkanie dwóch światów
Największym bohaterem wieczoru okazała się jednak wyobraźnia twórców. Połączenie żywych aktorów z cyfrową scenografią przypominało spotkanie dwóch światów, które teoretycznie nie powinny do siebie pasować. W praktyce współpracowały zgodniej niż orkiestra pod batutą doświadczonego dyrygenta.
Granica między ekranem a sceną znikała tak skutecznie, jak kostka cukru w gorącej herbacie. Co chwilę łapałem się na tym, że zamiast analizować technikę, po prostu daję się porwać historii.
To trochę tak, jak wejść do muzeum tylko na chwilę. Po dwóch godzinach okazuje się, że czas zamknięcia minął już dawno.
Finał spektaklu
Finał spektaklu był jak ostatni rozdział dobrej książki. Człowiek nie chce, żeby się skończył, ale jednocześnie wie, że lepiej zakończyć opowieść w odpowiednim momencie niż ciągnąć ją bez końca.
Opuszczałem Teatr Buffo z przekonaniem, że właśnie obejrzałem spektakl, który nie tyle przekracza granice teatru, ile traktuje je jak sugestię. „Polita” okazała się podróżą szybszą od ekspresu. Była bardziej kolorowa niż pudełko kredek i tak efektowna, że nawet moja pamięć będzie musiała zrobić trochę miejsca na nowe wspomnienia.
To był wieczór, który udowodnił, że teatr wciąż potrafi zaskakiwać. Robi to z takim rozmachem, jakby słowo „niemożliwe” zgubiło gdzieś po drodze swoje znaczenie.



