Wystarczyło przekroczyć próg hali, w której występował Kabaret Skeczów Męczących z jubileuszowym programem „Jeszcze nigdy nie było tak dobrze”, aby zrozumieć, że spokój właśnie udał się na zasłużony urlop. Już od wejścia czułem, że publiczność jest rozgrzana bardziej niż silnik starego poloneza pod górkę. W powietrzu unosiło się oczekiwanie tak gęste, że można je było kroić nożem i podawać do kawy. Widownia wypełniła się błyskawicznie, niczym promocja na masło w pierwszy dzień tygodnia. Kiedy artyści pojawili się na scenie, sala eksplodowała śmiechem szybciej niż paczka chipsów otwierana podczas meczu. Kolejne skecze trafiały do publiczności z precyzją listonosza, który tym razem naprawdę zna wszystkie adresy. Każda puenta lądowała dokładnie tam, gdzie powinna, a śmiech odbijał się od ścian hali niczym piłeczka pingpongowa zamknięta w pralce. Po kilku minutach miałem wrażenie, że mięśnie brzucha rozpoczęły protest i domagają się skrócenia czasu pracy. Niestety dla nich, kabaret nie zamierzał zwalniać tempa. Dowcipy nadlatywały jeden za drugim niczym wagony Pendolino – tyle że wszystkie przyjeżdżały punktualnie. Patrząc na widownię, odnosiłem wrażenie, że śmiech rozchodzi się falami jak zapach świeżo pieczonego chleba. Najpierw wybuchał w pierwszych rzędach, po chwili docierał do końca sali, by zaraz wrócić ze zdwojoną siłą. Nawet najbardziej poważne twarze topniały jak lody pozostawione na lipcowym parapecie. Jubileuszowy program okazał się czymś więcej niż zbiorem skeczów. Był jak rodzinne spotkanie, na którym nikt nie pyta o politykę, kredyty ani ceny paliwa. Przez dwie godziny wszyscy mieliśmy wspólny cel – śmiać się tak długo, aż policzki odmówią dalszej współpracy. Był taki moment że myślełem że zaraz zostanę wywołany ale na szczęście wzrok Marcina zatrymał się 4 osoby przedemną 😛 ale takie jest ryzyko siedzenia w pierwszym rzędzie. Z każdą minutą miałem wrażenie, że hala zamienia się w wielki akumulator dobrego humoru. Energia płynąca ze sceny ładowała publiczność szybciej niż szybka ładowarka najnowszy telefon. Poziom endorfin rósł w tempie, którego pozazdrościłby niejeden wykres giełdowy. Najbardziej zaskoczyło mnie to, jak szybko czas przeciekał między kolejnymi skeczami. Dwie godziny minęły niczym pięć minut spędzonych na przeglądaniu internetu – z tą różnicą, że tutaj nikt nie miał ochoty sięgać po telefon. Nawet ekrany wyglądały na obrażone, że tym razem przegrały ze sceną. Opuszczaliśmy halę z poczuciem, że uczestniliśmy w zbiorowej terapii śmiechem. Twarz bolała mnie od uśmiechu bardziej niż nogi po górskiej wycieczce, a brzuch przypominał, że śmiech rzeczywiście jest zdrowy, choć potrafi być równie wyczerpujący jak solidny trening. Kabaret Skeczów Męczących po raz kolejny udowodnił, że najlepszym lekarstwem na codzienność jest porządna dawka humoru – podana bez recepty, za to z jubileuszowym rozmachem. Jednym słowem prezent dla Joli się udał.
Jeszcze nigdy nie było tak dobrze
Grodzisk Mazowiecki
03/2025
