Na przedramieniu zrobiłem sobie „Stworzenie Adama” w wersji developerskiej. Bo najwyraźniej klasyczny renesans był dla mnie zbyt mało skomplikowany. Michał Anioł miał sklepienie Kaplicy Sykstyńskiej. Ja mam przedramię. On miał farby, ja mam maszynkę. On tworzył arcydzieło przez lata, ja muszę teraz pilnować, żeby nie drapać się przez kilka dni jak człowiek opętany przez demona alergii. Motyw jest prosty: boska dłoń przedstawiona jako cyfrowa siatka 3D i moja, całkowicie analogowa ręka po drugiej stronie. Czyli po jednej stronie idealny projekt, a po drugiej wersja produkcyjna z bugami. I to jest chyba najbardziej uczciwe przedstawienie człowieka, jakie widziałem. Górna dłoń wygląda perfekcyjnie. Geometryczna, precyzyjna, wszystko się zgadza. Zero przypadkowych elementów. Moja ręka natomiast ma wszystko, co powinien mieć produkt wypuszczony zbyt wcześnie na rynek: niedoskonałości, włosy, dziwne decyzje projektowe i funkcje, których nikt nie zamawiał. Pomiędzy nimi zostaje ta słynna przestrzeń.
Tylko ja widzę ją trochę inaczej. To nie jest już wyłącznie boska iskra. To jest moment, w którym niebo próbuje wysłać mi aktualizację, a ja mam wyłączone automatyczne pobieranie.
Dlatego ten tatuaż traktuję trochę jak instrukcję obsługi samego siebie. Mam przypomnienie na ręce, że jestem jednocześnie projektem, produktem i użytkownikiem końcowym. I oczywiście administratorem. Co jest najgorszą możliwą kombinacją. Bo kto mi zabroni wprowadzać zmiany na produkcji o drugiej w nocy? Nikt. I właśnie dlatego rano często trzeba robić rollback.
Stworzenie Adama w wersji Waldka
Warszawa
09/2022


