Pojechaliśmy z Jolą do Konstancina-Jeziorny. Naszym celem był Park Zdrojowy im. Witolda Skórzewskiego. Powód wizyty był bardzo szlachetny i kulturalny – Sylwia miała występ w chórze. Oczywiście nie mogliśmy dopuścić do tego, żeby wszystko odbył się bez naszego wsparcia.
Po przyjeździe znaleźliśmy się w samym sercu uzdrowiskowego klimatu. Park zrobił na nas ogromne wrażenie – piękne alejki, dużo zielni, cisza i spokój.
Atmosfera od razu człowieka uspokaja. No, może poza momentami, kiedy trzeba było zdecydować, w którą stronę właściwie iść.
Sam występ Sylwii wypadł świetnie. Chór zaprezentował się tak, że przez chwilę poczuliśmy się jak na prawdziwym koncercie. Nie zwykła niedziela czy wycieczka do Konstancina.
Oczywiście byliśmy dumni i dzielnie wspieraliśmy artystów. Nasze umiejętności wokalne na szczęście nie były tego dnia potrzebne.
Spacer po parku
Po występie postanowiliśmy zrobić sobie spacer. Tu zaczęła się właściwa część wycieczki – czyli zwiedzanie wszystkiego, co tylko dało się zobaczyć. Oczywiście w tempie dostosowanym do możliwości naszych nóg.
Największe wrażenie zrobiła na nas tężnia. Jest naprawdę ogromna! Człowiek patrzy na nią i zastanawia się, czy to jeszcze tężnia, czy już konstrukcja inżynierska godna autostrady.
Ale w końcu Konstancin-Jeziorna to miejscowość uzdrowiskowa. Wszystko musi być odpowiednio zdrowe, okazałe i najlepiej z dużą ilością solanki.
Spacerowaliśmy spokojnie, podziwiając park i chłonąc uzdrowiskowe powietrze. Niektórzy twierdzą, że dzięki tężni człowiek od razu lepiej oddycha. My po kilku godzinach spaceru stwierdziliśmy coś innego – zdecydowanie lepiej siedzi się na ławce.
Wycieczka okazała się bardzo udana. Trochę muzyki, trochę spaceru, dużo zielni i oczywiście obowiązkowa dawka dobrego humoru.
Konstancin zdecydowanie zapisał się w naszej pamięci jako miejsce, do którego warto wrócić. Park Zdrojowy Konstancin-Jeziorna jest tak duży, że za pierwszym razem chyba nie udało nam się zobaczyć wszystkiego.




