Jako rasowy warszawiak byłem przekonany, że jadę zobaczyć po prostu kolejne duże miasto. W końcu mieszkałem w stolicy, więc wydawało mi się, że trudno będzie mnie czymkolwiek zaskoczyć. Jakże naiwny byłem.
Pierwsze zderzenie z rzeczywistością nastąpiło na rynku. Warszawskie Stare Miasto zawsze uważałem za piękne. Wrocław pokazał mi jednak, że starówka może wyglądać tak, jakby historia nigdy nie wyjechała na remont. Spacerowałem z głową zadartą do góry, próbując znaleźć choć jedną przeciętną kamienicę. Bez powodzenia. Wszystko wyglądało jak pocztówka, a ja zacząłem podejrzewać, że mieszkańcy codziennie rano polerują fasady.
Po kilkunastu minutach zwiedzania zacząłem rozumieć, dlaczego turyści robią tu tyle zdjęć. We Wrocławiu nawet miejsca, które wyglądają na boczne zaułki, prezentują się lepiej niż niejeden reprezentacyjny plac w innych miastach. Człowiek idzie przed siebie i co chwilę ma ochotę zatrzymać się z zachwytu albo zorientować, czy przypadkiem nie wszedł na plan filmu kostiumowego.
Prawdziwy nokaut przyszedł jednak później. Mosty.
Warszawa ma Wisłę i kilka mostów. To proste i zrozumiałe. Wrocław najwyraźniej uznał, że mostów nigdy za wiele. Tam most nie jest rozwiązaniem problemu. Tam most jest stylem życia. Przechodziłem przez jeden most i od razu widziałem następny. Po chwili kolejny. Potem następny. W pewnym momencie zacząłem podejrzewać, że niektóre mosty istnieją wyłącznie po to, żeby można było dojść do innych mostów. Miałem wrażenie, że gdyby ktoś postawił na środku rynku fontannę o średnicy dwóch metrów, następnego dnia pojawiłaby się nad nią zabytkowa przeprawa z kutymi balustradami. Po kilku godzinach kompletnie straciłem orientację. Nie wiedziałem już, czy jestem na wyspie, półwyspie, czy może właśnie wracam na miejsce, z którego wyszedłem godzinę wcześniej. Jedyną pewną rzeczą było to, że znowu przechodzę przez jakiś most. Gdybym wtedy dostał mapę Wrocławia bez zaznaczonych ulic, a tylko z mostami, prawdopodobnie nawet bym nie zauważył różnicy.
Kulminacją dnia była wizyta w restauracji Orient Express. Już sama nazwa pobudzała wyobraźnię. Liczyłem na klimat luksusowego pociągu, eleganckie wnętrza i odrobinę atmosfery dawnej Europy. Tymczasem po przekroczeniu progu poczułem się tak, jakbym zgubił drogę i trafił na plan westernu. W środku dominowały drewniane wozy stylizowane na indiańskie, a całość wyglądała tak, jakby projektant wnętrza jednego dnia oglądał film o Dzikim Zachodzie, drugiego dokument o słynnym pociągu Orient Express, a trzeciego postanowił połączyć oba pomysły i sprawdzić, czy ktoś odważy się to zrealizować. Największe wrażenie robiły kelnerki wystylizowane na Indianki. Wszystko było dopracowane do tego stopnia, że przez chwilę zacząłem się zastanawiać, czy zamówię obiad, czy zostanę wysłany na polowanie na bizony. Nigdy wcześniej ani później nie spotkałem miejsca, które z taką swobodą połączyłoby Europę, Azję i Amerykę Północną pod jednym dachem.
Po wyjściu z restauracji Wrocław wcale nie zwalniał tempa. Za rogiem czekał kolejny most, następnie następny most, a za nim oczywiście jeszcze jeden. Doszedłem do wniosku, że mieszkańcy muszą posiadać wrodzony zmysł orientacji, bo bez niego codzienne życie przypominałoby udział w teleturnieju pod tytułem „Odnajdź własny samochód”.

Wpisy
TagI
Austria Bari Bałtyk Bratysława Budapeszt Bukowina Tatrzańska Czechy dolina królów Dunaj Egipt Golf góry Hurghada impreza jedzenie jezioro kebab Luxor Marsa Alam morze Mrzeżyno narty nowy rok pizza praca rodzina samolot spagetti spotkanie sylwester szkoła Słowacja urodziny wesele Wiedeń woda wyjazd Węgry Włochy zabawa Zakopane zima ślub śnieg święta














