Nasz wyjazd na podbój Łeby zaczął się słabo, na trasie ja torze obok była wypadek kolejowy w Warszawie jeszcze i urlop zaczął sie z kilku godzinnym poślizgiem. Plan mieliśmy prosty: morze, plaża, ryba, powtórzyć.
Zaczęło się od spaceru molem obok czerwonej latarni. Stałem tam dumnie, z miną człowieka, który właśnie odkrył, że Bałtyk jednak istnieje i faktycznie jest mokry. W ręku trzymałem aparat cyfrowy z takim namaszczeniem, jakbym niósł relikwię – bo pamiętajmy, wtedy zdjęcie cyfrowe to była magia, a karta na 128 MB to był luksus. Następnego dnia sprawdzaliśmy sprawdzić temperaturę wody. Podwinąłem nogawki do połowy łydki – klasyk polskiego turysty – i wszedłem do morza po kostki, bo wyżej to już przecież ekstremalne sporty wodne. Stałem tam bosy, z zawiniętymi spodniami, wyglądając jak rybak, który zgubił kuter. Zieloną koszulę oczywiście miałem dalej na sobie, bo po co się przebierać, skoro pasuje do wszystkiego. Rozmawiałem z przerażonym Michałem dzwoniącym z pracy że w Ursusie burza, zalewa czytelnię i jest po kostki w wodzie, szczerze odpowiedziałem że też jestem po kostki w wodzie i nie robie problemu.
Kąpiel w morzu wyglądała następująco, Monika w polarze (w sierpniu!), ja w koszuli (w wodzie!), włosy rozwiane wiatrem o prędkości małego huraganu, miny szczęśliwe, choć zęby lekko szczękały. Bo Bałtyk to Bałtyk – 18 stopni to już tropiki.
Wybraliśmy się też na Wydmy Łąckie, gdzie udawaliśmy, że jesteśmy na Saharze. Ja w okularach przeciwsłonecznych a’la agent specjalny, żona w czerwonych spodniach widocznych z kosmosu. W marinie pozowaliśmy przy jachtach, których nie było nas stać nawet dotknąć, ale zdjęcie sugerowało, że któryś jest nasz. Kluczowa zasada wakacji: fotografuj się tak, żeby wyglądało drożej niż było. Łeba to taka Warszawa nad morzem, niby człowiek na urlopie a spokojnie może iść na piwo z ludźmi z pracy bo urlop spędzają w tym samym miejscu.
Nie mogło zabraknąć wypadu do Sopotu na słynne molo, gdzie akurat trwał Sopot Festival 2005 – flagi TVN-u i Plusa łopotały dumnie, a ja stałem z miną człowieka, który przyjechał tu służbowo oceniać deski molo.












