Kilka dni w Paryżu z ambitnym planem zwiedzenia wszystkiego, co tylko dało się zobaczyć. Pogoda dopisała, humory również, a aparat fotograficzny pracował niemal bez chwili przerwy.
Na początek obowiązkowo Wieża Eiffla, która szybko okazała się najczęściej fotografowanym obiektem całego wyjazdu. Zdjęcia spod wieży, przed wieżą, z daleka, z bliska i jeszcze raz z innego miejsca – na wszelki wypadek. Następnie przyszła kolej na Łuk Triumfalny, bo od czegoś trzeba było rozpocząć podbój francuskiej stolicy.
Po drodze znalazło się miejsce na spacer wokół Notre-Dame, wizytę przy Luwrze i jego słynnej piramidzie oraz odkrywanie nowoczesnej dzielnicy La Défense. Każde miejsce wyglądało jak gotowa pocztówka, więc trudno było przejść obok niego bez kolejnego zdjęcia. Wieczorem obowiązkowy powrót pod Wieżę Eiffla, która po zmroku wyglądała jeszcze bardziej imponująco. Efekt był taki, że pamięć aparatu zapełniała się szybciej niż plan zwiedzania. Kilka dni minęło na spacerach, podziwianiu architektury, odpoczynku w parkach i odkrywaniu kolejnych zakątków miasta. Nogi miały już dość, ale lista atrakcji wciąż wydawała się dłuższa niż czas przeznaczony na pobyt.
Po powrocie do domu okazało się, że najtrudniejszym etapem całej wyprawy nie było zwiedzanie Paryża, lecz wybranie kilkunastu zdjęć spośród kilkuset niemal identycznych ujęć. Jedno jednak nie ulegało wątpliwości – sierpień 2006 pozostawił mnóstwo wspomnień i dowód na to, że w Paryżu nawet po kilku dniach człowiek ma wrażenie, że zobaczył dopiero niewielką część tego niezwykłego miasta.
Jednym z największych zaskoczeń podczas pobytu w Paryżu okazało się… metro. Mieszkaniec Warszawy, przyzwyczajony do jednej linii metra i kilku stacji, nagle trafił do miejsca, gdzie pod ziemią istniał niemal drugi świat. Na pierwszy rzut oka mapa przypominała kolorową plątaninę makaronu. Linii było tyle, że odnalezienie właściwej wydawało się większym wyzwaniem niż samo zwiedzanie miasta. Po kilku minutach człowiek dochodził do wniosku, że łatwiej zapamiętać plan całego Paryża niż schemat metra.
Największe zdziwienie budziła jednak częstotliwość kursowania pociągów. Ledwie jeden odjechał, a już za chwilę z tunelu wyjeżdżał następny. Nie trzeba było nerwowo spoglądać na zegarek ani zastanawiać się, czy warto biec. Jeśli jeden skład odjechał sprzed nosa, następny pojawiał się niemal natychmiast.
Jeszcze większe wrażenie robiła liczba stacji. Praktycznie wszędzie można było dojechać metrem, a później przejść zaledwie kilka minut pieszo. Z czasem zaczęło się odnosić wrażenie, że niezależnie od miejsca, w którym człowiek stanął, pod jego stopami i tak przebiegała jakaś linia.
Przesiadki początkowo przypominały wyprawę przez podziemny labirynt. Schody, korytarze, kolejne schody, następny peron i dopiero po chwili pojawiała się właściwa linia. Kilka pierwszych przejść skutecznie zastępowało poranną rozgrzewkę.
Po dwóch dniach wszystko zaczęło wydawać się zaskakująco proste. Kolory linii przestały się mieszać, kierunki nabrały sensu, a metro stało się najszybszym sposobem przemieszczania się między kolejnymi atrakcjami.
Po powrocie do Warszawy przez chwilę można było odnieść wrażenie, że czegoś brakuje. Człowiek schodził do metra i niemal odruchowo rozglądał się za kolejnymi kilkunastoma liniami, setkami stacji i nieskończoną siecią tuneli. Paryż pokazał, że komunikacja miejska może być atrakcją turystyczną sama w sobie, a metro potrafi zrobić równie duże wrażenie jak Wieża Eiffla.















