Przygotowania do ślubu
Moje przygotowania do ślubu Aleksandry i Andrzeja zaczęły się od tego, co lubię najbardziej, czyli od projektowania kartki. Niestety, już na tym etapie zaliczyłem pierwszą artystyczną porażkę – nie trafiłem z suknią Oli, więc pierwsze zdjęcie ślubne wyszło trochę oszukane. Ale cóż… kto nie próbuje, ten szampana nie pije.
Mam nadzieję, że sama kartka się spodoba. Grafika powstała na podstawie moich promptów, natomiast wykonanie zawdzięczam sztucznej inteligencji. Życzenia natomiast są już w całości oparte na mojej inteligencji… albo na jej braku. Tego eksperymentu naukowego nie będę już szczegółowo opisywał.
Hotel Sobienie Królewskie
Wesele Oli i Andrzeja odbyło się w Hotelu Sobienie Królewskie, a właściwie w jego… stodole. Ale do stodoły jeszcze wrócę, bo najpierw trzeba było przeżyć ślub.
O hotelu wspomniałem bo najpierw pojawiliśmy się tam, by się przebrać w „kościółkowe 😉 ciuchy”. Do kościoła droga z Hotelu zajmowała 8 minut. Ustaliliśmy z Jolą, że tak będzie lepiej niż od razu jechać „w przebraniu”.
Kościół Matki Bożej Bolesnej
Kościół Matki Bożej Bolesnej w Mariańskim Porzeczu to jedno z tych miejsc, które z zewnątrz mogą wyglądać dość niepozornie. Po wejściu do środka powodują efekt: „O kurczę… tego się tutaj zupełnie nie spodziewałem!”
Największą niespodzianką są malowidła tworzące efekt trójwymiarowości. Powaga. Odpowiednio namalowane ściany sprawiają wrażenie, jakby za nimi znajdowały się kolejne pomieszczenia. Kolumny dzięki odpowiedniemu cieniowaniu wyglądają tak, jakby naprawdę wystawały ze ścian.
W czasie uroczystości ksiądz wspomniał, że malowidła powstały już w XVIII wieku. Wszystko pięknie, tylko ja znalazłem wśród nich portret świętego już papieża Jana Pawła II. I tutaj pojawiła się zagadka historyczna.
Albo malowidła były trochę młodsze, albo malarz miał dostęp do wyjątkowo dobrych źródeł, albo pomagał mu Nostradamus. Ja się na sztuce sakralnej nie znam, więc pozostawiam tę kwestię historykom.
Po uroczystości i złożeniu życzeń wróciliśmy do Hotelu Sobienie Królewskie.
Hotel mieści się w zabytkowym pałacu otoczonym ogromnym parkiem. Już sam widok robi wrażenie. Człowiek wysiada z samochodu i przez chwilę zastanawia się, czy wpuszczą go bez odpowiedniego stroju, herbu i przynajmniej jednego poddanego.
Na szczęście w recepcji nie sprawdzano pochodzenia szlacheckiego. Udało nam się wejść bez konieczności przedstawiania drzewa genealogicznego. Chociaż akurat z tym ostatnim mógłbym mieć pewne szanse — jestem dość dobrze przygotowany.
Pałacowy klimat powoduje, że człowiek zaczyna chodzić trochę bardziej wyprostowany. Nawet jeśli chwilę wcześniej wysiadał z samochodu z lekkim jękiem, bo PESEL przypomniał mu, że nie jest już nastolatkiem.
Stodoła weselna
Samo wesele odbywało się w stodole. Trzeba przyznać, że była to stodoła z kategorii tych, które bardzo skutecznie zmieniają definicję słowa „stodoła”. Duża, klimatyczna przestrzeń świetnie pasuje do całego kompleksu.
Z jednej strony zachowuje wiejski charakter i nawiązuje do dawnych zabudowań majątku. Z drugiej została przystosowana do współczesnych zastosowań. Czyli mamy wieś, ale po bardzo drogim remoncie.
Zamiast siana, wideł i ciągnika mamy stoły weselne, ogromny parkiet, eleganckie dekoracje i bar. A skoro już o barze mowa… Takiej obsługi nie widziałem nawet na All Inclusive. Jola poszła po kieliszek wina, a wróciła z pustym kieliszkiem… i butelką wina w pojemniku z lodem. To się nazywa profesjonalne podejście do klienta.
Po powitaniu gości przez rodziców i braci Nowożeńców nadszedł czas na sprawdzenie, z czego właściwie zrobiony jest parkiet. Najpierw jednak czekał nas pyszny obiad i kilka… 😉 toastów.
Pierwszy Taniec
Na początek parkiet przetestowała Młoda Para. Ola i Andrzej zaprezentowali pierwszy taniec do „Ain’t No Mountain High Enough”.
Sam wybór piosenki jest bardzo trafny. Jej przesłanie mówi o tym, że jeśli ukochana osoba będzie w potrzebie, żadna odległość ani przeszkoda nie ma większego znaczenia. Nie ma góry wystarczająco wysokiej, doliny wystarczająco głębokiej ani rzeki wystarczająco szerokiej. Żadna z nich nie ma mocy, by powstrzymać człowieka przed dotarciem do ukochanej osoby.
I trzeba przyznać, że bardzo dobrze pasowało to do wcześniejszych przemówień (przypadek?). Sam taniec potwierdził, że Ola i Andrzej są naprawdę dobrze dobraną parą. Układ był mieszanką Discofoxa z mocnymi elementami Rock and Rolla i Lindy Hop.
Alternatywą dla „Ain’t No Mountain High Enough” mogłoby być dla mnie (bo wolniejsze 😛 za to dłuższe) „Nothing Else Matters” Metalliki. Przesłanie by pasowało, ale byłoby pewne ryzyko. Część gości mogłaby zacząć śpiewać zamiast pozwolić Młodym spokojnie tańczyć.
Zespół i parkiet
Za muzyczną oprawę odpowiadał zespół 4Event i trzeba przyznać, że spisali się znakomicie. Parkiet praktycznie nie stygł.
Z Jolą mieliśmy dzięki temu okazję rozgrzać stare kości. Chcieliśmy sprawdzić, ile właściwie pamiętamy z tego, czego Karol próbował nas nauczyć w szkole tańca DanceWay. Okazało się, że pamięć mięśniowa jest całkiem niezła. Gorzej z samymi mięśniami.
Parkiet był okupowany niemal bez przerwy. Nawet przy wolniejszych utworach ludzie nie spieszyli się do siedzenia. Żeby dokładniej zobaczyć, z czego ten parkiet jest wykonany, mieliśmy możliwość tylko wtedy, gdy podawano ciepłe posiłki.
A te również były bardzo dobre.
Koniec imprezy
Ostatecznie kilkunaście minut po trzeciej nad ranem uznaliśmy, że czas wrócić do pokoju. Nie dlatego, że impreza się skończyła. Po prostu organizm wysłał komunikat ostrzegawczy.
Kondycja i tak zwana PESELioza zaczęły wygrywać z chęcią dalszego wywijania na parkiecie. W tym wieku człowiek zaczyna już rozumieć, że konsekwencje są poważne. Po całonocnym tańcu może być potrzebny nie tylko prysznic. Może być potrzebny masażysta, kręgarz i ktoś, kto następnego dnia pomoże wstać z łóżka.
Podsumowanie wesela
Adam z Pauliną prawie rok temu postawił poprzeczkę bardzo wysoko. Ale Młodzi dali radę 🙂
Było elegancko, było romantycznie, było tanecznie, było smacznie i — co najważniejsze — było naprawdę dużo dobrej zabawy.
Po wyspaniu się, zjedzeniu śniadanka w pałacowej restauracji i wymeldowaniu udaliśmy się do domu. I tak zakończyła się nasza weselna przygoda.
Została kartka, zdjęcia, wspomnienia, kilka nowych figur tanecznych w pamięci mięśniowej i pewność. Jeśli następnym razem ktoś zaprosi mnie na wesele, to przed wyjściem z domu zrobię dokładne badania techniczne swojego… PESEL-u.
A Oli i Andrzejowi pozostaje życzyć, żeby w ich wspólnym życiu rzeczywiście nie było ani zbyt wysokiej góry, ani zbyt głębokiej doliny, ani zbyt szerokiej rzeki, której nie da się razem pokonać. I żeby życiowy parkiet (choć jak wiemy bywa śliski) zawsze był równie dobry jak ten w ich weselnej stodole.




































