Co zapamiętam z tego roku

nie bać PIS

Rok 2020, mimo że nie doszedł jeszcze nawet do połowy, już wiem, że przejdzie do historii pod znakiem maseczek, chałubic i wszelkiego rodzaju zasłaniania twarzy. Nagle wyjście po bułki przypominało misję specjalną – maseczka, rękawiczki, dezynfekcja, a najlepiej jeszcze trzy razy sprawdzić, czy przypadkiem nie zapomniało się nosa w domu. Wszyscy zostaliśmy ekspertami od wirusologii, statystyki i transmisji na żywo z konferencji prasowych. Liczenie zakażeń weszło do codziennej rutyny, a słowo „lockdown” odmienialiśmy przez wszystkie przypadki. Sąsiada częściej widziało się przez okno niż na klatce schodowej, a uścisk dłoni został zastąpiony niezgrabnym machaniem z bezpiecznej odległości dwóch metrów, Ci bardziej odważni ryzykowali „żółwika”.
Do sklepu wpuszczali tyle osób, że kolejka wyglądała jak premiera nowego iPhone’a, tylko zamiast telefonów wszyscy marzyli o papierze toaletowym i drożdżach. Pół Polski piekło chleb, druga połowa robiła zakwas, a ci najbardziej ambitni hodowali go jak nowego członka rodziny. A gdy ktoś kichnął w autobusie… cóż, przez chwilę czuł się jak główny bohater filmu katastroficznego. Jedno jest pewne – pierwsza połowa 2020 roku udowodniła, że Polak potrafi przystosować się do wszystkiego. Nawet do tego, że rozpoznawanie znajomych po oczach stało się nową umiejętnością społeczną.
Natomiast odwołanie świąt wielkanocnych to ja ekipie rządzącej z małym prezesem na czele…. nigdy nie zapomnę.