Ten wpis jest inny niż wszystkie wcześniejsze bo powstaje na przestrzeni dwóch lat. Niedawno bo trochę ponad miesiąc temu skończyłem 40 lat – wiek, w którym człowiek powinien już podobno wiedzieć, czego chce od życia. Ja wiedziałem. Chciałem mieć własne mieszkanie. Najlepiej na parterze. Z ogródkiem. Czyli – jak się później okazało – z własnym kawałkiem ziemi, na którym można nie tylko odpoczywać, ale również przez następne kilka lat prowadzić badania nad wytrzymałością człowieka na koszenie trawy, sadzenie roślin i walkę z chwastami. I dziś u notariusza kupiłem takie mieszkanie. Wszystko wydawało się proste. Klucze, kilka mebli, trochę farby, może jakaś szafa, kuchnia… i gotowe. Jakże piękna i niewinna była ta myśl. Szybko okazało się, że „wykończyć mieszkanie” to pojęcie równie precyzyjne jak „wpaść tylko na kawę”. Zaczęło się niewinnie. Najpierw trzeba było zrobić podłogi i pomalować. Potem coś poprawić. Potem coś, co już było poprawione, trzeba było poprawić jeszcze raz.
I tutaj dochodzimy do najważniejszej części całej historii. Bo tego mieszkania nie zrobiłem sam. I nie ma takiej opcji, żebym kiedykolwiek powiedział inaczej. Dlatego ogromne podziękowania należą się wszystkim, którzy w tym całym szaleństwie uczestniczyli. Tym, którzy pomagali nosić, wiercić, malować, skręcać, przycinać, przesuwać, mierzyć, poprawiać i po raz kolejny poprawiać. Tym, którzy przyjeżdżali z pomocą, mimo że pewnie mieli własne, znacznie przyjemniejsze plany na weekend. Tym, którzy doradzali. Dziękuję za każdą godzinę, każdą radę, każdą przyniesioną rzecz, każdy użyczony sprzęt i każde zniżki i promocje. Dziękuję wszystkim fachowcom, pomocnikom, znajomym i rodzinie, którzy dołożyli swoją cegiełkę do tego przedsięwzięcia. Choć niektórzy dołożyli zdecydowanie więcej niż jedną cegiełkę. Dziękuję za cierpliwość, zaangażowanie i za to, że kiedy ja już patrzyłem na kolejną niedokończoną rzecz i zaczynałem rozważać sprzedaż mieszkania w stanie „jak jest”, Wy nadal twierdziliście, że:
Po tych wszystkich miesiącach mogę z dumą powiedzieć:
Mieszkanie jest prawie gotowe.
No dobrze…
Jest w stanie zaawansowanego prawie-gotowego.
A właściwie… nadal nie jest skończone.
I chyba już wiem, że nigdy nie będzie. Bo zawsze znajdzie się jakaś listwa, półka, lampa, obraz, kawałek ogródka, który można poprawić, albo genialny pomysł, który pojawi się dokładnie wtedy, kiedy człowiek uzna, że wreszcie skończył.
Bo najważniejsze nie jest to, żeby wszystko było idealne. Najważniejsze jest to, że mam swoje miejsce. Mieszkanie na parterze. Ogródek.
Mój jest ten kawałek podłogi
Książenice
04/2018






















