Są takie wyjazdy, które planuje się miesiącami. Są też takie, które po latach wspomina się głównie dlatego, że aparat pracował ciężej niż uczestnicy wyprawy. Mój wypad do Gdańska zdecydowanie należał do tej drugiej kategorii. Już od pierwszych chwil miasto postanowiło zrobić na mnie wrażenie. Bramy, kamienice i fontanny wyglądały tak dostojnie, jakby codziennie rano przechodziły kontrolę jakości u samego Neptuna. Oczywiście nie mogłem odmówić sobie obowiązkowego zdjęcia przy fontannie. Turyści dzielą się przecież na tych, którzy mają takie zdjęcie, i na tych, którzy jeszcze do Gdańska nie dotarli. Wieczorem stare miasto zamieniło się w scenografię filmu historycznego. Oświetlone kamienice odbijały się w Motławie, a ja z każdą kolejną fotografią coraz bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że noc jest najlepszym filtrem upiększającym. Nawet moje umiejętności fotograficzne zaczęły wyglądać na całkiem profesjonalne. Nie byłbym jednak sobą, gdybym zamiast zwiedzania nie zaczął liczyć statków. A tych w Gdańsku nie brakuje. Były żaglowce, były okręty, były promy i wszystko, co tylko potrafi pływać, cumować albo majestatycznie udawać, że zaraz wypłynie. W pewnym momencie zacząłem podejrzewać, że jeśli zostanę tam jeszcze jeden dzień, to również dostanę numer burtowy. Największe wrażenie zrobiły na mnie ogromne żaglowce stojące przy nabrzeżu. W świetle latarni wyglądały jakby czekały na sygnał do wypłynięcia w poszukiwaniu piratów albo przynajmniej promocji na śledzie. Oczywiście każda porządna wyprawa wymaga odpowiedniego paliwa. Na stole pojawiła się ryba, która wyglądała tak elegancko, że przez chwilę miałem wyrzuty sumienia, zanim sięgnąłem po widelec. Na szczęście wyrzuty szybko ustąpiły miejsca zdrowemu apetytowi. Później był deser, który skutecznie przypomniał mi, że kalorie na wyjeździe liczą się według zupełnie innych zasad. A dokładniej – nie liczą się wcale. Wieczorne spotkania przy stole przebiegało zgodnie z klasycznym scenariuszem. Na początku wszyscy siedzą grzecznie. Potem ktoś opowiada historię. Po chwili wszyscy się śmieją. A pod koniec każdy jest przekonany, że właśnie wymyślono najlepszy plan na następny dzień. Rano zwykle okazuje się, że jedynym wspólnym elementem planu jest śniadanie. Spacerując uliczkami Gdańska odkryłem, że co kilkanaście metrów znajduje się kolejny budynek, który aż prosi się o zdjęcie. Aparat nie protestował, za to karta pamięci zaczęła wysyłać subtelne sygnały ostrzegawcze. Gdy wróciłem do domu, okazało się, że z kilkuset fotografii usunięcie choćby jednej graniczy z cudem. Przecież każda jest „trochę inna”. Na koniec doszedłem do prostego wniosku. Gdańsk to miejsce, z którego trudno wyjechać z pustymi rękami. Jedni przywożą bursztyn, inni magnes na lodówkę. Ja przywiozłem wspomnienia, mnóstwo nocnych zdjęć statków i mocne przekonanie, że aparat fotograficzny również zasługuje po takim weekendzie na kilka dni urlopu.
Wypad do Gdańska
Gdańsk
11/2014





















