Kolejny wyjazd do Krynicy Górskiej miał być spokojnym, zimowym wypoczynkiem. Plan był prosty: rano narty, wieczorem relaks, a na Sylwestra elegancka zabawa. Rzeczywistość, jak zwykle, postanowiła dopisać własny scenariusz. Już pierwszego dnia okazało się, że grawitacja w górach działa wyjątkowo skutecznie a dla moich kolan rok odpoczynku to za mało. Jedni z gracją sunęli po stoku niczym olimpijczycy, inni testowali twardość śniegu z takim zaangażowaniem, że można było odnieść wrażenie, iż prowadzą badania naukowe. Zanim nastał Sylwester w ramach reaeneracji byliśmy na konnym kuligu zakończonym ucztą przy ognisku.
Kulminacją wyjazdu była oczywiście zabawa sylwestrowa. W ciągu kilku godzin narciarskie kombinezony zamieniły się w eleganckie stroje, a osoby, które rano ledwo schodziły po schodach, wieczorem zaskakiwały wszystkich na parkiecie. Trudno powiedzieć, czy to magia Sylwestra, dobra muzyka, czy może moc regionalnych przysmaków.
O północy wystrzeliły korki od szampana, na niebie rozbłysły fajerwerki, a wśród życzeń dominowało jedno: „Oby w nowym roku było mniej siniaków i więcej udanych zjazdów!”. Chwilę później okazało się, że taniec po kilku godzinach zabawy wymaga równie dobrej kondycji jak jazda na nartach. Jedno jest pewne – taki wyjazd zostawia po sobie nie tylko zakwasy, ale przede wszystkim mnóstwo wspomnień i historii, które z każdym opowiadaniem stają się jeszcze zabawniejsze.












