Jakby mało było zimy, to wybraliśmy się na narty do Karpacza. Piękne miasteczko z dobrze przygotowanymi trasami. Wreszcie wypożyczyłem sobie buty narciarskie, w których mnie nic nie uwierało i bolało, więc mogłem się skupić na jeżdżeniu na nartach. Po zapadnięciu zmroku złaziliśmy wszelkie okoliczne knajpki w poszukiwaniu najlepszej golonki 🙂 lub oddawaliśmy się innym niż narty zabawom zimowym, jak zjazd slalomem na oponach lub łyżwiarstwo (ale na sztucznym lodowisku to nie jest to przyjemne). Korzystając z okazji, że największy hotel w Karpaczu buduje m.in. mój brat stryjeczny, w pewien wieczór upodliliśmy się niemiłosiernie w naszym apartamencie. Właśnie, mieszkaliśmy w apartamencie. Garaż, kablówka i piękny widok z okna to fajna sprawa, a jak się wyjeżdża w większej grupie osób, to wcale nie wychodzi drogo.
Gdy pogoda w Karpaczu była kiepska i Śnieżka była zamknięta, wybraliśmy się do Czech. Tam w miejscowości Mladé Buky w ichniejszym SKIPARKu oddawaliśmy się białemu szaleństwu. To tutaj zdarzyło mi się nie skręcić na średnią trasę i zacząć jechać trudną. Z chęcią obejrzałbym zapis mojej twarzy z momentu, gdy osiągałem taką prędkość, że przy rozłożeniu rąk zamieniłbym się w Adama Małysza i szybował niczym orzeł. Skończyło się upadkiem i nadwyrężeniem kolana. Sentencja „do wesela się zagoi” tym razem się nie sprawdziła…