Niedługo po nartach przyszła pora na kolejny sport zimowy, który – moim zdaniem zupełnie niesłusznie pomijany przez Międzynarodowy Komitet Olimpijski – zdecydowanie zasługuje na własną dyscyplinę… saneczkarstwo! Tym razem wybraliśmy się na kulig do rodzinnej miejscowości mojego taty – Pienic. Plan był prosty: śnieg, sanki, zimno i dobra zabawa. Czyli trochę rodzinnego klimatu, trochę zimowego szaleństwa i oczywiście wszystko pod pełną kontrolą. Przynajmniej tak mi się wydawało przed wyjazdem. Zanim jednak rozpoczęła się właściwa część sportowo-ekstremalno-logistyczna, razem z Izą postanowiłem odwiedzić Krasnosielc i zwizytować postępy przy wykończeniu domu mojej siostrzyczki. Było oglądanie, ocenianie, komentowanie i oczywiście klasyczne rodzinne analizowanie wszystkiego, co tylko dało się zobaczyć. Człowiek przyjeżdża na chwilę, żeby zobaczyć dom, a po piętnastu minutach ma już własną wizję rozmieszczenia kontaktów, kolorów ścian i prawdopodobnie całej instalacji wodnej.
Po zakończeniu części budowlano-inspekcyjnej nastąpił już standardowy punkt programu… patologia. Oczywiście w najlepszym tego słowa znaczeniu. Czyli spotkanie rodzinne, śmiech, wygłupy i ogólny poziom powagi systematycznie spadający wraz z upływem czasu.
Zanim jednak właściwy kulig wyruszył w trasę, trzeba było przeprowadzić profesjonalne testy bezpieczeństwa. Na podwórku przygotowana była duża górka śniegu, która natychmiast została zakwalifikowana jako oficjalny obiekt treningowy. Rozpoczęliśmy więc intensywne badania nad zachowaniem sanek (prodesjonalnie wykonanych z worków wypełnionych sianem), ślizgiem, aerodynamiką, przyczepnością i odpornością człowieka na bezpośredni kontakt z zaspą śnieżną.
Moje badania naukowe wykazały, że:
Z górki można zjechać znacznie szybciej, niż się pierwotnie zakładało.
Nie zawsze lecimy tam, gdzie chce człowiek.
Śnieg potrafi znaleźć drogę do każdego elementu garderoby.
Dorosły człowiek na górce śniegu natychmiast mentalnie wraca do wieku około ośmiu lat.
Hamowanie nogami działa tylko teoretycznie i zazwyczaj wtedy, kiedy już jest za późno.
Po tych niezwykle wyczerpujących badaniach terenowych nadszedł czas na właściwy kulig. I tutaj pojawiła się prawdziwa gwiazda całego wydarzenia – ciągnik URSUS. Nie jakiś tam koń. Nie hybryda. Nie elektryk. Żadna aplikacja, ładowarka ani kabel USB. Prawdziwy, polski URSUS. Silnik, koła, odpowiednia ilość mechanicznego charakteru i dźwięk, który zdecydowanie nie pozwalał zapomnieć, że jesteśmy na prawdziwej wsi. URSUS dał radę. Ba! Miałem wrażenie, że mógłby pociągnąć jeszcze pół wsi, kilka dodatkowych sanek i prawdopodobnie mały domek letniskowy, ale tym razem musiał zadowolić się nami.
Sam kulig był naprawdę świetny. Śnieg, zimowe krajobrazy, sanki i grupa ludzi gotowych poświęcić komfort termiczny dla dobrej zabawy – czyli dokładnie to, co powinno znaleźć się w każdym poradniku pod tytułem „Jak wrócić do domu mokrym, zmarzniętym i bardzo szczęśliwym”.
W drodze powrotnej warunki zrobiły się trochę bardziej… interesujące. Momentami trudno było określić, gdzie kończy się droga, a zaczyna pole śniegu. Droga była miejscami mocno zasypana, ale zarówno URSUS, jak i my daliśmy radę.
Tak bardzo spodobał mi się cały kulig, że właściwie zaraz po powrocie zacząłem planować następny. Nie zdążyłem jeszcze dobrze rozmrozić palców, wysuszyć butów i wytrzepać śniegu z miejsc, w których śnieg absolutnie nie powinien się znaleźć, a już wiedziałem, że trzeba to koniecznie powtórzyć. Tym razem postanowiliśmy nie zapuszczać się aż tak daleko i wybraliśmy okolice Granicy w Kampinosie. Była to jednak zupełnie nowa jakość kuligowa.
Tym razem niezawodny URSUS został zastąpiony przez cztery konie marki Koń.
Model klasyczny.
Napęd: cztery nogi na sztukę.
Paliwo: siano.
Spalanie: zależne od nastroju.
Emisja spalin: praktycznie zerowa.
Emisja innych produktów ubocznych: zdecydowanie nie będę rozwijał tego tematu.
Łączna moc zestawu: trudna do określenia, ale zdecydowanie wystarczająca.
Zamiast zwykłych sanek i worków z sianem pojawiły się prawdziwe sanie, więc cały zestaw automatycznie wskoczył na wyższy poziom luksusu. Można powiedzieć, że przeszedłem z wersji URSUS Economy do pakietu Koń Premium All Inclusive. Sam przejazd był fantastyczny. Zima jak z pocztówki, Kampinos, śnieg, konie i sanie. Jedynym drobnym problemem była temperatura. Było zimno. Ale nie takie zwykłe zimno typu „założę czapkę i będzie dobrze”. Nie. Było -22 stopnie. Temperatura osiągała poziom, przy którym przestałem zadawać sobie pytanie, czy jest mi zimno, a zacząłem się zastanawiać, czy mój nos nadal należy do mnie.
Po przejażdżce konnej bez trzymanki – oczywiście w granicach rozsądku, bezpieczeństwa i możliwości odmarzniętych palców – przyszedł czas na punkt programu, który od wieków ratuje Polaków przed zimą: ognisko i kiełbaski! Bo prawdziwy zimowy kulig bez ogniska jest jak grill bez kiełbasy, wakacje bez zdjęć albo polska rodzina bez dyskusji o tym, kto powinien był wcześniej wyjechać. Ogień grzał, kiełbaski znikały w tempie ekspresowym, a ja powoli odzyskiwałem czucie w dłoniach i innych częściach ciała.
Podsumowując – sezon zimowy wykorzystałem bardzo profesjonalnie.
Były narty.
Były sanki.
Był URSUS.
Były konie.
Było -22 stopnie.
Był śnieg.
Były kiełbaski.
I oczywiście była… patologia.
Czyli wszystko zgodnie z planem. Wszelkie dowody fotograficzne tych niezwykle poważnych wydarzeń, sportowych wyczynów i zimowych eksperymentów można znaleźć poniżej.




















