Muzeum Wojska

Po przekroczeniu bramy Muzeum Wojska Polskiego wszystko wyglądało niewinnie. Kilka eksponatów, trochę historii i obietnica spokojnego spaceru. Rzeczywistość okazała się jednak znacznie bardziej wymagająca – zwłaszcza dla aparatu fotograficznego, który dostał zadyszki szybciej niż zwiedzający. Pierwszym celem stały się potężne działa. Trudno było oprzeć się pokusie sprawdzenia, jak wygląda świat z perspektywy dowódcy. Efekt? Głowa wystająca z włazu wyglądała tak, jakby czołg właśnie próbował wypluć pasażera, który pomylił muzeum z komunikacją miejską. Kolejnym wyzwaniem była amunicja. Gigantyczny pocisk okazał się idealnym partnerem do zdjęcia – taki towarzysz, który nic nie mówi, nie mruga i nie narzeka na ustawienie do fotografii. Za to doskonale przypomina, że dawniej argumenty bywały zdecydowanie cięższego kalibru. Na zewnątrz czekała armata o rozmiarach sugerujących, że projektant najwyraźniej nie uznawał kompromisów. Stanie obok niej skutecznie uświadamiało, że człowiek przy takim sprzęcie wygląda bardziej jak dodatek do ekspozycji niż pełnoprawny zwiedzający.
W sali z bronią strzelecką można było odnieść wrażenie, że każdy kolejny karabin jest odrobinę dłuższy od poprzedniego. Po kilku minutach oglądania człowiek zaczynał zastanawiać się, czy na końcu rzędu nie stoi już wędka albo tyczka do skoku o tyczce, tylko ktoś zapomniał zmienić tabliczkę.
Spacer między eksponatami udowadniał jedną rzecz – dawni konstruktorzy mieli wyjątkowy talent do budowania wszystkiego w wersji „XXL”. Lufy były ogromne, pociski imponujące, a działa wyglądały tak, jakby mogły przesunąć granice państw samym spojrzeniem.