Parada Wojska Polskiego

Sierpniowa parada wojskowa wyglądała tak, jakby Warszawa na jeden dzień postanowiła zamienić się w największy parking dla sprzętu wojskowego. Wszystko błyszczało, wszystko jechało równiutko, a każdy pojazd sprawiał wrażenie, że właśnie wrócił z kilkugodzinnej wizyty w myjni i salonie kosmetycznym. Największe zainteresowanie wzbudzały oczywiście czołgi. Wśród nich dumnie prezentowały się maszyny z jednostki JW 1230 z Wesołej. Sunęły z taką powagą, jakby doskonale wiedziały, że są gwiazdami całego widowiska. Silniki mruczały niskim basem, gąsienice rytmicznie uderzały o asfalt, a widzowie odruchowo wyciągali aparaty fotograficzne, choć wielu później odkryło, że na zdjęciach najbardziej efektownie wyszedł… słup oświetleniowy. Załogi siedziały niewzruszone, podczas gdy wokół panowała atmosfera pikniku. Dzieci machały chorągiewkami, dorośli z podziwem obserwowali kolumnę, a niektórzy próbowali zgadnąć, ile paliwa potrzeba, żeby taki stalowy kolos przejechał przez stolicę. Odpowiedź brzmiała zapewne: „więcej, niż zmieści się do rodzinnego kombi”.
Każdy czołg wyglądał tak dostojnie, jakby chciał powiedzieć: „Nie spieszy mi się. I tak wszyscy poczekają.” Trudno było się z tym nie zgodzić, bo kiedy kilkadziesiąt ton stali jedzie przed siebie, pierwszeństwo nagle przestaje być tematem do dyskusji.