Pierwszego lutego wpadł do mnie Artur i Paweł by przetestować nowy samochód Artura czyli Daweoo Leganza. Samochód wielki jak salon, miękki jak kanapa u babci i spalający paliwo z takim zaangażowaniem, jakby benzyna miała następnego dnia zniknąć ze świata. Mimo to patrzyliśmy na nią z dumą. W końcu nie każdy miał okazję przemierzać Polskę koreańską limuzyną klasy „prezes lokalnego składu budowlanego”. Nie było to pierwsze testowanie różnych samochodów więc zdziwiony nie byłem. gdy spytałem gdzie jedziemy usłyszałem „na Gdańsk” ale nie wziąłem tego na poważnie bo nieraz takie teksty już słyszałem. Dopiero jak minęliśmy Nowy Dwór Mazowiecki zapaliła mi się żółta lampka która po minięciu Płońska już wiedziałem ze Gdańska jest realny. Zadzwoniłem do Siostry z urodzinowymi życzeniami bo zdałem sobie sprawę z tego że do domu na noc nie wrócę.
Droga była długa na szczęście fotele były wygodne, a jazda polegała na nieustannym mijaniu ciężarówek, wiosek i kolejnych ograniczeń prędkości. Leganza dzielnie połykała kilometry, choć przy każdym wyprzedzaniu dawała do zrozumienia, że wszystko ma swoje granice i cudów nie należy oczekiwać.
W końcu dotarliśmy do Gdańska. Zima zrobiła z miasta pocztówkę. Kamienice wyglądały pięknie, a wiatr przypominał nam, że Bałtyk nigdy nie żartuje. Spacerowaliśmy z rękami głęboko schowanymi w kieszeniach, próbując wyglądać jak twardzi zdobywcy północy, choć po kilku minutach każdy marzył wyłącznie o ciepłym wnętrzu samochodu.
Z racji tego że nie mieliśmy ze sobą mapy, i mieliśmy problem z dotarciem do morza (tak wiem nie ma morza w Gdańsku) spytałem się patrolu drogówki jak dojechać nad morze, a po przekazaniu tych wskazówek Arturowi który kierował, dojechaliśmy na Hel. Na mapie to blisko jednak jazda tam z Gdańska to jak dojazd do Warszawy, droga na półwysep ciągnęła się niczym odcinek ulubionego serialu bez reklam. Z każdej strony śnieg, pojedyncze samochody i coraz silniejszy wiatr. Leganza sunęła dumnie przed siebie, chociaż chwilami miałem wrażenie, że boczne podmuchy próbują przekonać ją do zmiany województwa.
Dotarliśmy na Hel. Stanęliśmy nad morzem i od razu zrozumieliśmy, dlaczego zimą nie ma tam tłumów turystów. Wiatr smagał twarz z taką siłą, że człowiek automatycznie zaczynał się zastanawiać, czy uszy są naprawdę potrzebne do życia. Morze miało kolor ołowiu, plaża świeciła pustkami, a mewy wyglądały, jakby same chciały jak najszybciej odlecieć gdziekolwiek indziej.
Nasz pobyt trwał dokładnie tyle, ile trzeba było, żeby zrobić kilka zdjęć aparatem cyfrowym (ze żle ustawioną datą ale kto by się tym przejmował), przejść kawałek plażą, zmarznąć do szpiku kości i zgodnie uznać, że widzieliśmy już wszystko, co było do zobaczenia. Po godzinie każdy z nas z entuzjazmem godnym maratończyka wracał do Leganzy, która nagle stała się najbardziej przytulnym miejscem na całym półwyspie.
Rozpoczęliśmy drogę powrotną. W samochodzie zrobiło się ciepło, szyby powoli odparowały, a zmęczenie zaczęło wygrywać z wcześniejszym entuzjazmem. Leganza ani razu nas nie zawiodła. Nie protestowała, nie obrażała się na zimę i nie próbowała zostać nad morzem. Po prostu cierpliwie wykonywała swoje zadanie, mrucząc silnikiem, jakby sama wiedziała, że uczestniczy w wydarzeniu, które po latach stanie się legendą.
Atrur Wypił po drodze mniej więcej tyle energetyków co ja piw i gdy wysiadałem pod blokiem stwierdził że w sumie to moglibyśmy odrazu jechać w góry

Wpisy
TagI
Austria Bałtyk Bratysława Budapeszt Bukowina Tatrzańska dolina królów Dunaj Egipt Gdańsk; Golf góry Hurghada impreza Jastrzębia Góra jedzenie jezioro kebab Luxor Marsa Alam morze mosty Mrzeżyno narty nowy rok Ostrowo praca rodzina samolot spotkanie sylwester szkoła Słowacja urodziny walentynki wesele Wiedeń woda Wrocław wyjazd Włochy zabawa Zakopane ślub święta życzenia





