Neapol

Neapol to miasto, w którym przepisy ruchu drogowego istnieją głównie po to, żeby było o czym pisać w podręcznikach. Przejście dla pieszych nie daje pierwszeństwa. Ono daje nadzieję. Miasto zwiedzaliśmy pieszo. Po pierwszym spacerze każdy z nas zrozumiał, dlaczego Włosi produkują tyle świetnych butów – po prostu mają gdzie je testować.
Neapol to miasto kontrastów. Z jednej strony przepiękne kamienice, pałace, kościoły i widok na Wezuwiusza. Z drugiej… worki ze śmieciami, skutery zaparkowane dosłownie wszędzie i ulice, które momentami wyglądały tak, jakby ekipa sprzątająca właśnie miała wolne od kilku tygodni. Tutaj obowiązuje zasada: im piękniejszy zabytek, tym większa szansa, że obok stoi kontener na śmieci. Ale właśnie za to wielu ludzi kocha Neapol. Jest prawdziwy. Nie udaje idealnego miasta. Pachnie pizzą, kawą, morzem… i od czasu do czasu czymś, czego lepiej nie identyfikować. Spacerując uliczkami historycznego centrum można odnieść wrażenie, że balkon jest obowiązkowym elementem każdego mieszkania. A skoro jest balkon, to musi wisieć pranie. Czasami wyglądało to tak, jakby całe miasto urządziło konkurs na najdłuższą linkę do suszenia. Po drodze mijaliśmy dziesiątki skuterów. Są wszędzie. Na chodnikach, przy murach, pod oknami, a czasem chyba nawet w salonach mieszkań.
W Neapolu nie pyta się, czy pizza będzie dobra. Pytanie brzmi tylko: „Czy dam radę zjeść całą?”. Ciasto jest cienkie, brzegi wysokie, mozzarella ciągnie się jak kolumbijskie seriale, a po pierwszym kawałku człowiek zaczyna rozumieć, dlaczego UNESCO wpisało neapolitańską sztukę robienia pizzy na listę światowego dziedzictwa. To samo z kawą, choć ja znawcą nie jestem. Tutaj espresso nie jest napojem. To sposób prowadzenia życia. Filiżanka znika w trzydzieści sekund, a energii wystarcza na kolejne kilka kilometrów spaceru. Po drodze zaglądaliśmy do kościołów, na place, podziwialiśmy Zamek Nowy, nadmorską promenadę i klimatyczne uliczki Spaccanapoli. Wąskie uliczki są tak ciasne, że czasami ma się wrażenie, iż sąsiad z naprzeciwka może pożyczyć cukier przez okno, nawet nie schodząc po schodach.

A potem przyszedł dzień wyjazdu do Pompejów. Po kilkudziesięciu minutach pociągiem (czy może to była puszka z sardynkami?)znaleźliśmy się w miejscu, gdzie czas zatrzymał się prawie dwa tysiące lat temu. I dosłownie się zatrzymał. Spacerując ulicami można było zobaczyć domy, świątynie, sklepy, termy i kamienne przejścia dla pieszych. Tak, dwa tysiące lat temu mieli przejścia dla pieszych. W Neapolu są również. Tylko nikt się nimi specjalnie nie przejmuje. Patrząc na odciski ludzi zastygłych pod popiołem człowiek na chwilę milknie. To miejsce przypomina, jak potężna potrafi być natura i jak niewiele potrzeba, by historia zatrzymała się w jednej chwili. Nad wszystkim spokojnie góruje Wezuwiusz. Wygląda niewinnie. Dokładnie tak samo wyglądał ostatnim razem, kiedy mieszkańcy Pompejów pomyśleli: „Eee… nic się nie stanie.”

Po powrocie do Neapolu znowu wpadamy w jego rytm. Klaksony, skutery, zapach kawy i pizzy, gwar ulic i nieustanny chaos, który z niewiadomych powodów… działa. Neapol nie próbuje być perfekcyjny. Jest głośny, momentami brudny, trochę szalony i całkowicie nieprzewidywalny. Ale właśnie dlatego zapada w pamięć bardziej niż wiele idealnie uporządkowanych miast.

Wesołych Świąt 🙂