Nasza egipska przygoda rozpoczęła dla mnie na lotnisku gdy myślałem że kierowca autobusu chce mi sprzedać narkotyk haszysz (nie jestem w tym obeznany i grzecznie acz stanowczo odmawiałem, dopiero po chwili zrozumiałem jak podał cene za całą rodzinę (byliśmy w 4 osoby) że chodzi o bakhshesh czyli napiwek/jałmurznę/łapwkę. Ważne że dowiózł nasz do hotelu. Makadi Bay – miejsce, gdzie człowiek bardzo szybko zapomina, jaki jest dzień tygodnia. Po dwóch dniach funkcjonowaliśmy już według prostego harmonogramu: śniadanie, plaża, basen, „tylko na chwilę” do baru, obiad, kolejny basen, zachód słońca i wieczorne rozważania, czy deser to już kolacja, czy jeszcze podwieczorek oraz którego drinka jeszcze nie testowaliśmy.
Hotel dbał o wszystko tylko nie o WiFi w pokoju, ale po chwili stwierdziłem że bez internetu się lepiej odpoczywa a kopie zrobionych zdjęć można przesłać siedząc chwilę w lobby przy okazji sącząc drinka. Jedzenia było tyle, że po kilku dniach spacer do restauracji można było już oficjalnie zaliczyć jako aktywność sportową. Kelnerzy uśmiechnięci, a leżaki… cóż, walka o najlepszy egzemplarz zaczynała się jeszcze przed wschodem słońca. Niektórzy potrafili zarezerwować miejsce ręcznikiem szybciej, niż słońce zachodziło za horyzont. Zawsze można znależć za łan dolar leżak w pierwszej linii brzegu nad morzem.
Po błogim lenistwie przyszedł czas na jednodniowe zwiedzanie Hurghady. Miasto okazało się pełne kontrastów. Z jednej strony nowoczesna marina z eleganckimi jachtami, z drugiej – lokalne bazary, gdzie sprzedawca potrafi przekonać cię, że właśnie dziś jest jedyny dzień w historii ludzkości, kiedy ten magnes na lodówkę kosztuje tylko… pięć razy więcej niż powinien. Negocjacje z handlarzami przypominają sport narodowy. Ty mówisz: „Nie, dziękuję”, oni odpowiadają: „Special price, my friend!”. Po dziesięciu minutach rozmowy sam zaczynasz się zastanawiać, czy przypadkiem nie potrzebujesz czterech szalików, dwóch papirusów i figurki kota wielkości psa.
Prawdziwym testem charakteru była jednak całodniowa wycieczka do Luksoru. Pobudka o godzinie, o której nawet koguty naciskają przycisk „drzemka”. Kilka godzin jazdy przez pustynię i nagle… jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki pojawia się zielona dolina Nilu, a wraz z nią historia licząca tysiące lat.
Pierwszym przystankiem był monumentalny kompleks świątynny w Karnaku. Już od wejścia przywitała nas aleja sfinksów z głowami baranów. Na pierwszy rzut oka człowiek zastanawia się, dlaczego faraonowie postawili tyle kamiennych owiec. Dopiero przewodnik wyjaśnia, że to symbol boga Amona. Wtedy wszyscy kiwają głowami ze zrozumieniem, udając, że od początku właśnie tak myśleli.
Prawdziwy efekt „wow” czeka jednak w Wielkiej Sali Hypostylowej. Sto trzydzieści cztery gigantyczne kolumny sprawiają, że nawet najwyższy turysta czuje się jak figurka z zestawu LEGO. Patrząc na ten kamienny las, trudno uwierzyć, że wszystko powstało ponad trzy tysiące lat temu. Dzisiaj zbudowanie ronda trwa kilka miesięcy, a starożytni Egipcjanie potrafili wznieść taki kolos bez dźwigów, betoniarek.
Spacer po Karnaku to podróż w czasie. Co kilka kroków ktoś robi zdjęcie, po czym odwraca się i robi kolejne, bo okazuje się, że za plecami jest jeszcze coś większego. Po godzinie zwiedzania karta pamięci w aparacie zaczyna błagać o litość, a nogi delikatnie sugerują, że czas wracać do autokaru.
Następnie odwiedziliśmy świątynię Hatszepsut która zachwyca monumentalną architekturą. Tarasy wyrastające spod skalnego klifu wyglądają tak nowocześnie, że trudno uwierzyć, iż powstały ponad 3400 lat temu. Hatszepsut udowodniła, że skuteczne rządzenie nie zależy od brody faraona, choć podobno ceremonialną też czasami nosiła.
Dwie butelki wody póżniej Dolina Królów. Z zewnątrz – skały i pustynia. W środku – grobowce pełne kolorowych malowideł, które mają więcej lat niż większość cywilizacji razem wziętych. Człowiek patrzy na hieroglify i zastanawia się, czy to starożytna modlitwa, instrukcja obsługi sarkofagu, czy może pierwszy w historii przepis na hummus. Dolina była miejscem pochówku faraonów Nowego Państwa i kryje ponad 60 grobowców. Po zejściu pierdyliarda schodów w dół czułem się niczym piekarz (bo biało od kredy) który pracuje na dnie kopalni albo w piekle.
Po całym dniu zwiedzania wracaliśmy zmęczeni, ale zachwyceni. W głowie mieszały się faraony, hieroglify, sfinksy i wspomnienia z hotelowego bufetu. Doszliśmy do jednego wniosku – Egipt potrafi zaskoczyć. Rano leżysz na plaży z drinkiem w dłoni, po południu stoisz w miejscu, gdzie kilka tysięcy lat temu spacerowali faraonowie, a wieczorem próbujesz wysypać z butów kilogram pustynnego piasku.
To były ferie, podczas których odpoczynek spotkał się z historią. Wróciliśmy bogatsi o wspomnienia, setki zdjęć, lekką opaleniznę i pewność, że piasek z Egiptu ma niezwykłą zdolność podróżowania – jeszcze długo po powrocie potrafi niespodziewanie pojawiać się w walizce, plecaku i kieszeniach.

