Są spektakle, które bawią. Są takie, które skłaniają do refleksji. A jest też „Chory na sukces” – przedstawienie, które udowadnia, że najlepiej śmiać się z siebie, zwłaszcza gdy jest się osobą powszechnie rozpoznawalną. W Domu Kultury Arsus publiczność dostała solidną dawkę inteligentnego humoru, błyskotliwych dialogów i świetnej gry aktorskiej.
Na scenie pojawił się Krzysztof Ibisz, który z ogromnym dystansem do własnego medialnego wizerunku wcielił się w bohatera uwikłanego w świat sukcesu, sławy i nieustannego wyścigu o bycie „naj”. Spektakl w zabawny sposób pokazuje, jak cienka potrafi być granica między ambicją a obsesją, między karierą a życiem prywatnym oraz jak łatwo „zachorować” na sukces. Wszystko podane jest jednak z dużą dawką humoru, dzięki czemu widzowie co chwilę wybuchali śmiechem. Już od pierwszych minut było wiadomo, że aktorzy świetnie czują się w swoich rolach. Dynamiczne tempo, trafne riposty i mnóstwo sytuacyjnego humoru sprawiły, że niemal nie było chwili na złapanie oddechu. To właśnie takie spektakle przypominają, że najlepsza komedia nie potrzebuje wymyślnych efektów specjalnych – wystarczą dobrzy aktorzy, dobrze napisany tekst i publiczność gotowa na wspólną zabawę.
Ale prawdziwą „wisienką na torcie” okazało się coś, co wydarzyło się… poza sceną. Na widowni zasiadł Michał Wiśniewski, który w tej produkcji jest dublerem Krzysztofa Ibisza. Trudno o bardziej nietypową sytuację. Zazwyczaj dubler czeka za kulisami w pełnej gotowości, a tutaj spokojnie oglądał spektakl z publicznością. Można więc powiedzieć, że był to jeden z nielicznych wieczorów, kiedy dubler miał okazję kupić popcorn (albo przynajmniej o nim pomyśleć) i po prostu cieszyć się przedstawieniem.
Niektórzy widzowie pewnie zerkali od czasu do czasu w jego stronę, zastanawiając się: „A może za chwilę nastąpi zmiana? Może to będzie teatr z niespodzianką?”. Na szczęście Krzysztof Ibisz był w znakomitej formie, więc Michał Wiśniewski mógł spokojnie pozostać w roli… kibica. To chyba jedna z niewielu sytuacji, gdy dubler z radością życzy głównemu aktorowi, żeby ani przez moment nie był potrzebny. Sama obecność Michała Wiśniewskiego na widowni wywoływała uśmiech. W końcu nie codziennie ogląda się spektakl, wiedząc, że kilka rzędów dalej siedzi osoba, która w innych okolicznościach mogłaby za chwilę znaleźć się na scenie. To trochę jak oglądanie meczu piłkarskiego obok rezerwowego napastnika – wszyscy liczą, że nie będzie musiał wchodzić na boisko, ale sama jego obecność dodaje wydarzeniu wyjątkowego smaczku.
Publiczność opuszczała salę z szerokimi uśmiechami. Jedni cytowali najlepsze teksty, inni wspominali najbardziej komiczne sceny, a jeszcze inni żartowali, że tego wieczoru obejrzeli nie jedną, ale półtorej obsady. Trzeba przyznać, że taki zbieg okoliczności zdarza się niezwykle rzadko i sprawił, że spektakl zapadnie w pamięć nie tylko dzięki świetnej komedii, ale również przez tę nietypową sytuację.
Jeśli więc istnieje choroba, którą warto się zarazić, to zdecydowanie jest to ta wywołująca napady śmiechu po obejrzeniu „Chorego na sukces”. A kiedy na scenie występuje Krzysztof Ibisz, a na widowni siedzi jego dubler Michał Wiśniewski, sukces tego wieczoru można uznać za podwójny.

