Kurozwęki i Bałtów od kukurydzy do dinozaurów

Uzbrojeni w dobre humory wyruszyliśmy do Kurozwęk, nie spodziewając się, że czeka nas prawdziwa ekspedycja. Pierwszym wyzwaniem okazał się słynny labirynt z kukurydzy. Z pozoru niewinna atrakcja szybko zamieniła się w test orientacji w terenie, cierpliwości i umiejętności udawania, że „ja tylko sprawdzam inną drogę”. Niektórzy mijali te same zakręty tyle razy, że kukurydza zaczęła ich rozpoznawać. Plotka głosi, że do dziś gdzieś tam krąży echo pytania: „Czy my już tędy nie szliśmy?”. Po zwycięskiej ucieczce z zielonego labiryntu udaliśmy się do pałacu w Kurozwękach. Eleganckie wnętrza, historia i dostojna atmosfera sprawiły, że choć przez chwilę każdy poczuł się jak szlachcic. Kolejnym punktem było mini zoo. Zwierzęta z zaciekawieniem obserwowały nas, najwyraźniej próbując ustalić, kto właściwie jest większą atrakcją. Kozy liczyły na poczęstunek, osioł z filozoficznym spokojem ignorował wszystkich, a Żubry i reszta mieszkańców wyglądała na przekonaną, że takie wycieczki ogląda codziennie.
W drodze powrotnej zatrzymaliśmy się w Bałtowie, gdzie przenieśliśmy się o miliony lat wstecz. Park dinozaurów zrobił ogromne wrażenie. Spotkaliśmy tyranozaury, diplodoki i wiele innych prehistorycznych gigantów. Niektóre wyglądały tak realistycznie, że kilka osób dyskretnie przyspieszyło kroku. Na szczęście wszystkie dinozaury były na diecie… turystów jedynie fotografowały.