Jak tylko skończyły się zobowiązania księgowe zarówno Izy jak i Kasi wobec klientów, czyli ten cudowny moment, kiedy obie przez chwilę nie myślą o fakturach, deklaracjach, terminach i o tym, czy przypadkiem jakaś cyferka nie postanowiła właśnie zrujnować mu spokojnego snu, ruszyliśmy do moich znajomych w Darłówku. Była to decyzja z gatunku tych bardzo rozsądnych. Człowiek przez większą część roku siedzi nad dokumentami, więc kiedy nadarza się okazja, żeby zamiast Excela oglądać morze, nie pozostaje nic innego, jak spakować się i jechać. Zwłaszcza że morze ma tę ogromną przewagę nad arkuszem kalkulacyjnym, że nie wyskakuje z niego komunikat o błędzie.
Na miejscu okazało się, że wszystko sprzyjało naszemu wypoczynkowi. Pogoda dopisywała, morze dopisywało, towarzystwo dopisywało, a nawet człowiekowi zaczynało się wydawać, że życie jest jednak całkiem przyjemnym wynalazkiem. Słońce świeciło, wiatr szumiał, plaża była na swoim miejscu, a ja powoli odzyskiwałem przekonanie, że istnieje świat, w którym największym problemem jest to, czy wejść do wody od razu, czy najpierw przez piętnaście minut udawać, że sprawdzam temperaturę.
W Darłówku odbywała się XIII edycja Zlotu Pojazdów Wojskowych i Grup Rekonstrukcji Historycznych. Do tej pory moja wiedza na temat zlotów pojazdów wojskowych była mniej więcej taka, jak wiedza przeciętnego człowieka na temat budowy Wielkiego Zderzacza Hadronów. Wiedziałem, że coś takiego istnieje, że jeżdżą tam pojazdy i że ludzie się tym interesują. Na tym moja wiedza się kończyła. Tymczasem okazało się, że jest to świat kompletnie inny od wszystkiego, co do tej pory znałem. Nagle znalazłem się w miejscu, gdzie po plaży i okolicy poruszają się pojazdy, które wyglądają tak, jakby właśnie uciekły z planu filmu wojennego, tylko zamiast operatora kamery wszędzie kręcą się turyści z telefonami. Samochody wojskowe, ciężarówki, sprzęt pamiętający czasy, kiedy słowo „multimedia” oznaczało najwyżej radio w samochodzie, a na dodatek grupy rekonstrukcyjne w mundurach, które sprawiały, że człowiek zaczynał się zastanawiać, czy aby na pewno przyjechał nad Bałtyk, czy może przypadkiem pomylił drogę i wjechał do wehikułu czasu.
Darłówko po raz kolejny pokazało mi więc, że nad Bałtykiem można odpoczywać na wiele sposobów. Można leżeć na plaży, można spacerować, można moczyć nogi w morzu, można jeść rybę za cenę porównywalną z ratą kredytu, ale można też oglądać wojskowe pojazdy i przez chwilę poczuć się jak człowiek, który całe życie przygotowywał się do udziału w wielkiej operacji militarnej, a ostatecznie po prostu przyjechał na urlop.
Darłówko
Darłówko
06/2011




















