Dalajlama

Dalajlama – Warszawa
Warszawa 12/2008

Na zewnątrz pogoda bardziej zachęcała do zapadnięcia w zimowy sen niż do duchowych uniesień, ale ja postanowiłem zrobić wyjątek. W końcu nie codziennie nadarza się okazja, by zobaczyć Dalajlamę na żywo. Sam fakt, że zamiast koncertu rockowego hala wypełniła się ludźmi szukającymi spokoju, był już wydarzeniem wartym odnotowania. Wszedłem do środka z ciekawością i od razu poczułem, że atmosfera jest zupełnie inna niż na większości imprez masowych. Nikt nie przepychał się do pierwszego rzędu z łokciami gotowymi do użycia. Wszyscy wyglądali tak, jakby od rana ćwiczyli cierpliwość. Ja oczywiście po kilku minutach zacząłem zastanawiać się, czy siedzę na właściwym miejscu, czy przypadkiem nie osiągnąłem już oświecenia i dlatego przestałem się tym przejmować. Kiedy pojawił się Dalajlama, cała hala w jednej chwili ucichła. Pomyślałem wtedy, że to niezwykła umiejętność – wejść do ogromnej sali i sprawić, że kilka tysięcy ludzi zapomina o telefonach, zegarkach i o tym, co będzie na obiad. Sam próbowałem osiągnąć podobny efekt podczas rodzinnych spotkań, ale najwyżej udawało mi się zwrócić uwagę psa. Najbardziej zaskoczył mnie jego uśmiech. Był tak naturalny, że zacząłem podejrzewać, iż zna jakiś sekret życia, którego reszta świata jeszcze nie odkryła. Ja po kilku godzinach w zimowej kurtce potrafiłem jedynie odkryć, że kieszeń z rękawiczkami znowu zniknęła w tajemniczych okolicznościach. Siedziałem i słuchałem z ogromnym zainteresowaniem, próbując zapamiętać jak najwięcej. Mój mózg jednak od czasu do czasu organizował sobie własne rekolekcje. Raz zastanawiałem się nad sensem życia, chwilę później nad sensem automatu z herbatą stojącego w holu. Duchowość i herbata to najwyraźniej bardzo bliscy kuzyni. Patrzyłem na ludzi wokół siebie i doszedłem do wniosku, że wszyscy przyszli tam po coś innego. Jedni szukali inspiracji, inni odpowiedzi na ważne pytania, a jeszcze inni chyba chcieli po prostu zobaczyć człowieka, którego uśmiech jest bardziej rozpoznawalny niż niejedno logo znanej firmy. Ja wyszedłem z przekonaniem, że spokój ducha rzeczywiście istnieje, choć w moim przypadku czasami musi najpierw wygrać z wiecznie zmarzniętymi stopami. Po zakończeniu spotkania razem z tłumem powoli opuszczałem Torwar. Nikt nie wybiegł sprintem do wyjścia, jakby wszyscy zgodnie uznali, że po kilku godzinach rozmów o spokoju nie wypada urządzać biegu przez korytarz. Nawet warszawska zima wydawała się odrobinę łagodniejsza. Nie wróciłem z Torwaru jako mnich, nie osiągnąłem natychmiastowego oświecenia i nadal zdarza mi się denerwować, gdy pilot od telewizora znika w niewyjaśnionych okolicznościach. Ale wyniosłem stamtąd coś cenniejszego – przekonanie, że szczery uśmiech potrafi ogrzać człowieka skuteczniej niż niejeden gruby zimowy płaszcz. A jeśli przy okazji można było pośmiać się z samego siebie, to był to całkiem niezły bonus.