Moja kariera wojskowa w JW1230 w Wesołej zaczęła się z przytupem. A właściwie… bez możliwości przytupu. Pierwszym przeciwnikiem nie był wróg, poligon ani sierżant, tylko… wojskowe buty. Konstruktor tych butów najwyraźniej projektował je z myślą o czołgach, a nie ludzkich stopach. Po kilku dniach moje paznokcie postanowiły wrastać w palce z takim zaangażowaniem, że chodzenie stało się dyscypliną ekstremalną. Efekt? Prawie miesiąc na izbie chorych. W końcu zapadła decyzja: operacja. Trafiłem do AON w Rembertowie, gdzie wojskowa medycyna zrobiła swoje. Co ciekawe, był to chyba najtrwalszy efekt mojej służby – od tamtej pory problem już nigdy nie wrócił. Minus był taki, że kiedy reszta kompanii uczyła się musztry, ja ćwiczyłem głównie leżenie w łóżku i spacer do gabinetu zabiegowego. Gdy nadszedł czas przysięgi, koledzy składali ją uroczyście przed Pomnikiem Nieznanego Żołnierza. Ja? Miałem własną, kameralną wersję dzień wcześniej na terenie jednostki. Można powiedzieć – edycja VIP, choć chyba nie o taki VIP mi wtedy chodziło.
Dość szybko ktoś w Sztabie skojarzył że Kierownik Kawiarenki Internetowej powinien znać się na komuterach i gdy okazało się to prawdą to moja wojskowa kariera nabrała zupełnie nieoczekiwanego kierunku. Zostałem pisarzem Brygady. To ja przygotowywałem rozkazy dzienne jednostki, przemówienia dowódcy i różne oficjalne teksty. Krótko mówiąc – kiedy dowódca błyszczał elokwencją, istniała spora szansa, że wcześniej błyszczała moja klawiatura. Dziś powiedzieliby, że byłem jego ghostwriterem. W wojsku nazywało się to po prostu… pisarzem. Można więc powiedzieć, że dowodziłem całą brygadą – tylko nikt poza dowódcą o tym nie wiedział.
Kilka miesięcy później los postanowił zagrać va banque. W marcu jednostkę odwiedził Lord Robertson, ówczesny szef NATO. Okazało się, że spośród około 2400 poborowych znaleziono… zaledwie dwunastu, którzy potrafili powiedzieć po angielsku coś więcej niż „yes”, „no” i „beer”. Ja znalazłem się w tym elitarnym gronie.
Nie zabrakło też wydarzeń historycznych. Podczas mojej służby doszło do ataków na World Trade Center. Nagle skończyły się przepustki, a przez dwa tygodnie wszyscy siedzieliśmy w jednostce. Atmosfera zrobiła się bardzo poważna i każdy czuł, że świat właśnie się zmienia.
Ale wojsko to także przygody, których nie wymyśliłby żaden scenarzysta. Jedną z nich było… udawanie papieża z samochodu dowodzenia. Machanie do ludzi z odpowiednią powagą okazało się zaskakująco skuteczne. Przez chwilę można było uwierzyć, że błogosławieństwo z wojskowego Mergedesa G (dowódcy) przez właz też ma swoją moc, a ja często najpierw robię potem myślę o konsekwencjach.
Było też odkrycie botaniczne. W lesie na terenie jednostki trafiliśmy na całkiem dorodne poletko konopi. Oczywiście młodzi poborowi od razu zaczęli snuć wizje wielkiej przygody. Niestety albo była to odmiana słaba, albo byliśmy kompletnie niekompetentni jako początkujący botanicy. Efekt był dokładnie żaden, poza salwami śmiechu i świadomością, że nawet w tej dziedzinie wojsko nie potrafiło nas odpowiednio przeszkolić, postanowiliśmy się upić.
Po tym znalezisku potrzebowaliśmy miejsca gdzie to można by wysuszyć, wybór padł na mapiarnię, nikt z kadry tam nie zaglądał a temperatura była odpowiednia, i dostęp do papieru a nam się wydawało że trawkę powinno się wysuszyć jak liście klonu w podstawówce, po czasie myślę sobie że lepiej było spalić mapy w których trawa się suszyła niż samą trawę.
Z ciekawości zacząłem przeglądać te mapy i nagle znalazłem coś znajomego… Ursus. Był tam teren, na którym od ponad dwudziestu lat normalnie mieszkali ludzie – działały ulice, stały domy, dzieci chodziły do szkoły – a na wojskowej mapie nadal widniał dumny napis: „planowane osiedle” to osiedle to Niedźwiadek gdzie ja już 21 lat mieszkałem. Okazało się, że wojsko miało własną wersję rzeczywistości. Podczas gdy mieszkańcy zdążyli już założyć rodziny, zrobić remonty i wymienić kilka samochodów, dla kartografów wojskowych osiedle wciąż było ambitnym projektem na przyszłość. Był to chyba najlepszy przykład wojskowej precyzji – wszystko się zgadzało, tylko czas się trochę rozminął z mapą o jakieś 20 lat.
Najśmieszniejsze jest to że mam z wojska mniej zdjęć niż mój Tata który był pewnie 40 lat wcześniej w wojsku. Komórkę już miałem ale bez aparatu cyfrowe były drogie i robiły zdjęcia które wyglądały ładnie tylko na ich własnym ekranie. A kilka miałem zrobionych ale dostałem tylko jedno i w moim mundurze więcej zdjęć miała zrobione Edyta 😛

Wpisy
TagI
Austria Bari Bałtyk Bratysława Budapeszt Bukowina Tatrzańska Czechy dolina królów Dunaj Egipt Golf góry Hurghada impreza jedzenie jezioro kebab Luxor Marsa Alam morze Mrzeżyno narty nowy rok pizza praca rodzina samolot spagetti spotkanie sylwester szkoła Słowacja urodziny wesele Wiedeń woda wyjazd Węgry Włochy zabawa Zakopane zima ślub śnieg święta





