Mrzeżyno

W niemal totalnej tajemnicy (bo dopiero na ostatniej prostej wtajemniczyliśmy Kasię, żeby przypadkiem nie wyciągnęła Moniki na miasto) razem z Tomkiem ruszyliśmy do Mrzeżyna odwiedzić ją na koloniach. Plan był prosty: wyjazd o 2:00 w nocy, pełna konspiracja i element zaskoczenia. Jak to zwykle bywa, wszystko szło idealnie… do momentu, aż wieczorem wpadliśmy na genialny pomysł z kebabem na Marszałkowskiej. To właśnie ten kebab postanowił zostać głównym bohaterem wyjazdu. Mój organizm uznał, że najlepiej będzie pozbyć się jego zawartości wszystkimi możliwymi drogami jednocześnie. Przez chwilę wyglądało na to, że największą niespodzianką będzie moja wizyta na SOR-ze, a nie spotkanie z Moniką. Na szczęście perspektywa pierwszego w życiu zobaczenia morza okazała się silniejsza niż rewolucja żołądkowa. Tomek odnalazł… legendarny, stary ruski odpowiednik Stoperanu – specyfik, który prawdopodobnie pamiętał jeszcze czasy zimnej wojny. Zadziałał jak korek do przeciekającej rury i udało się opanować sytuację.
Po ponad ośmiu godzinach jazdy dotarliśmy na miejsce. Niespodzianka się udała, Monika była zaskoczona, a Tomek mógł wreszcie zaliczyć swoje symboliczne zaślubiny z morzem. Ja natomiast wyniosłem z tej wyprawy cenną życiową lekcję: przed ośmiogodzinną trasą lepiej nie eksperymentować z kebabem. Zwłaszcza takim, który najwyraźniej ma własne plany na podróż.