Plan był prosty: jedziemy odpocząć🤣. Już po pierwszych pięciu minutach okazało się, że „odpoczynek” oznacza codziennie kilkanaście tysięcy kroków, wspinanie się pod górę i dyskusje. Spotykamy Čumila – najsłynniejszego pracownika kanalizacji na świecie. Facet od kilkudziesięciu lat wystawia głowę z włazu i ma więcej zdjęć z turystami niż niejeden influencer. Kilka ulic dalej elegancki Schöne Náci niezmiennie kłania się przechodniom. Wychodzi na to, że nawet pomniki w Bratysławie są bardziej uprzejme niż niektórzy kierowcy. Katedra św. Marcina. To tutaj koronowano królów Węgier, więc od razu człowiek prostuje plecy i przez chwilę chodzi jak monarcha. Niestety, po wejściu pod górę na Zamek Bratysławski szybko wraca do pozycji zwykłego śmiertelnika, który zastanawia się, kto wymyślił budowanie zamków na szczytach wzgórz. Widoki z zamku wynagradzają jednak wszystko – podobno przy dobrej pogodzie widać nawet Austrię. Przy gorszej pogodzie widać za to, kto nie zabrał okularów. Na Starym Mieście, gdzie Brama św. Michała przypomina, że kiedyś miasta miały mury, a dziś mają parkingi. Główny Rynek wygląda tak ładnie, że co kilka metrów ktoś mówi: „Jeszcze jedno zdjęcie”. Po dwudziestym zdjęciu wszyscy wyglądają już tak samo. Zamek Devín. Ruiny na skale nad Dunajem robią ogromne wrażenie. Napoleon wysadził zamek ponad 200 lat temu, ale i tak wygląda lepiej niż niejeden współczesny remont.
Rano Flixbus i już po godzinie jesteśmy w mieście, gdzie wszystko wygląda tak elegancko, jakby nawet gołębie miały doktoraty.
Katedra św. Szczepana zachwyca po odnowieniu (wyczyszczeniu). Belweder zachwyca architekturą i ogrodem. W kościele Minoritów oglądamy mozaikową kopię „Ostatniej Wieczerzy”. Oryginał jest w Mediolanie, ale ta wersja ma jedną przewagę – nie trzeba jechać do Włoch. Spacer Ringstrasse i Karlskirche. Nogi już protestują, telefon prosi o ładowarkę, aparat o więcej pamięci, ale satysfakcja jest ogromna.
W ciągu trzech dni:
- odwiedziliśmy dwa kraje,
- zdobyliśmy kilka zamków,
- spotkaliśmy robotnika wychylającego się z kanału,
- znaleźliśmy UFO nad Dunajem,
- zobaczyliśmy pałace, kościoły, muzea i panoramy,
- zrobiliśmy tyle zdjęć, że telefon zaczął negocjować warunki dalszej współpracy.
Jedno jest pewne – z Bratysławy i Wiednia wraca się bogatszym o wspomnienia, kilkanaście tysięcy kroków dziennie i przekonanie, że „to już ostatnie zdjęcie” nigdy nie jest ostatnim.

