Misja Wenezuela

Przez cały rok żyłem jak prawie mnich 😉odmawiając sobie przyjemności, każda złotówka była świętością, każdy niekupiony kebab przybliżał mnie do celu. „Będzie warto!” – powtarzałem sobie, rezygnując z wieczornych wyjść, abonamentów na cokolwiek i wszelkich pokus, które mogły zagrozić mojej wielkiej misji: WYJAZD DO WENEZUELI.

I oto nadszedł ten dzień. Spakowałem walizkę, pełen ekscytacji, ale i lekkiej paranoi, czy na pewno mój tyłek wytrzyma prawie 12 godzinny lot. Lotnisko, odprawa i ten nieszczęsny lot, podczas którego nauczyłem się nowych pozycji jogi w desperackiej próbie zaśnięcia na siedzeniu zaprojektowanym dla ludzi bez kręgosłupa. Ale wszystko to było nieważne – po kilku godzinach dotarliśmy na Isla Margarita.

Przyszedł czas na zakwaterowanie w resortowym raju – Sunsol Ecoland. Brzmiało ekskluzywnie i rzeczywiście, otoczenie było jak z katalogu: tropikalne chatki, słomiane dachy, palmy i błękitne niebo.

Już pierwszego dnia postanowiliśmy sprawdzić, czy wyspa faktycznie wygląda jak z katalogów turystycznych. Zaczęliśmy od leniwego wylegiwania się na plaży hotelu Sunsol, gdzie jedynym wysiłkiem było podnoszenie kubka, z kolejnym kolorowym drinkiem. Morze szumiało, palmy szeleściły, a my… no cóż, my po prostu staraliśmy się utrzymać równowagę, balansując między leżakiem, basenem a barem. Na plaży znaleźliśmy huśtawkę z napisem „Isla Margarita”, która miała być idealnym miejscem do zdjęć. W teorii miałem wyglądać jak człowiek cieszący się rajską scenerią, w praktyce przypominałem kogoś, kto właśnie zrozumiał, że piasek jest bliżej niż się wydawało, a huśtawka ma wątpliwą stabilność. No cóż, bywa.

Następnym punktem dnia była konfrontacja z oceanem, który miał wobec nas własne plany. Plan był prosty: romantyczne zdjęcie na tle fal. Rzeczywistość? Nagły atak żywiołu, który postanowił udowodnić, że nikt nie jest bezpieczny. W jednej chwili staliśmy w wodzie po kostki, w drugiej – ocean postanowił nas zmyć jak nadprogramowy piasek na brzegu. Zamiast instagramowego ujęcia wyszło coś w stylu „Przetrwanie w dziczy: edycja wodna”.

Wieczorami chodziliśmy na kolację, czyli wydarzenie, w którym człowiek obiecuje sobie, że nie będzie objadać się jak szalony, a potem wychodzi najedzony jak nigdy. Stół pełen jedzenia, świetne towarzystwo i kelnerki, które miały więcej energii niż cała sala razem wzięta. Podczas kolacji w stylu meksykańskim pojawił się pomysł, żeby zatańczyć, ale po dwóch daniach i deserze perspektywa ruchu wydawała się niebezpieczna.

Jako że nie samym leżakiem człowiek żyje postanowiliśmy zwiedzić wyspę w sposób zorganizowany przez Rainbow czyli „Margarita w pigułce” zwiedzanie zaczęliśmy, od wizyty w La Asuncion, stolicy wyspy gdzie poznaliśmy historię walk o niepodległość Wenezueli. Pomniki wielkich bohaterów Wenezueli zrobiły na mnie wrażenie – zwłaszcza moment, gdy „niespodziewanie” trafiliśmy na Fryderyka Chopina. Czy ktoś mi wytłumaczy, jak on się tu znalazł? Bo ja nadal nie wiem. Oczywiście zrobiliśmy poważne miny do zdjęcia, jakbyśmy właśnie analizowali jego wpływ na muzykę klasyczną, ale prawda była taka, że w głowie miałem tylko jedno: „Czy teraz możemy już iść do cienia?”. Katedra z 1621 roku zrobiła na nas wrażenie, chociaż nie wiemy, czy bardziej imponująca była jej historia, czy fakt, że przetrwała tyle lat bez remontu.

Kolejnym punktem wycieczki było El Valle odwiedziliśmy sanktuarium patronki Margarity taka ichniejsza Częstochowa i pomnika Papieża JPII który wyglądał jak Harry Potter.

Następnie ruszyliśmy do Parku Narodowego Laguna la Restinga, gdzie wsiedliśmy do łodzi, która wyglądała, jakby pamiętała czasy Kolumba a wydawała z siebie dźwięki i zapachy jak nasza stara dobra znajoma Syrena 105 taka ekologia :P. Podczas 30-minutowego rejsu podziwialiśmy pelikany z groźnym spojrzeniem, które patrzyły na nas jak na kolejnych naiwnych turystów, którzy myślą, że to oni są tu atrakcją. Następnie natknęliśmy się na rozgwiazdę, której podejście do życia można było podsumować słowami „leżę i mam wszystko gdzieś” – przyznaję, zazdrościłem jej tej filozofii. W końcu odwiedziliśmy konika morskiego, który, sądząc po jego minie, rozważał głębokie sensy istnienia, zastanawiając się, dlaczego tak wielu ludzi robi mu zdjęcia.

Przejazd przez półwysep Macanao był jak podróż w czasie do westernu, wszędzie kaktusy. Na plaży Punta Arenas zjedliśmy lunch, który składał się z dania z płaszczki i rekina, co przypominało lazanię, ale z morskimi potworami. Trzeba przyznać, że smakowało to… ciekawie. Do tego oczywiście duch Margerity czyli rum, rum, dużo rumu.

Na koniec dnia dotarliśmy do Juan Griego, gdzie mieliśmy podziwiać najpiękniejszy zachód słońca na Margaricie. I faktycznie, był piękny. Ale czy to zasługa słońca, rumu, czy może towarzystwa, tego nie wie nikt :P.

Kolejne dni były wg ustalonego schematu: leżak, bar, leżak, basen z małymi przerwami na spożywanie posiłków.
Tym razem jak już od jakiegoś czasu pilnowałem się bardzo by nie spalić się na węgiel i słońce łapałem nie podczas opalania tylko w czasie przerw w opalaniu 😛 mimo wszystko skóra schodziła mi z czoła (dużego czoła) kilka razy.

I tak zbliżał się koniec naszej misji Isla Margarita.  Ostatni dzień spędziliśmy na spokojnym spacerze, jeszcze jednym spojrzeniu na morze karaibskie i krótkiej refleksji: „To było świetne. Musimy tu wrócić.” W samolocie znalazłem jeszcze piasek w kieszeniach spodni, co było ostatecznym dowodem na to, że wakacje się udały.

Bo Isla Margarita to nie tylko palmy i błękitne wody. To raj, w którym morze próbuje Cię przewrócić, pelikany patrzą na Ciebie z politowaniem, a piasek nigdy nie przestaje Cię prześladować. I to właśnie to oraz obecność bliskich ludzi czyni tę podróż niezapomnianą!

Bałtyk choinka Darłówko edukacja gazeta góry impreza jedzenie jezioro Mikołaj miłość morze młodość narty nauka nowy rok podstawówka Polska Grupa Partner praca rodzina samolot sesja spotkanie sylwester szkolenie szkoła taniec technikum turcja urodziny walentynki wenezuela wesele woda wyjazd zabawa zachód słońca zawodówka ślub święta