Ten wpis zacznie się od retrospekcji z mojego i Adama życia dokładnie 15 lat i 9 dni wcześniej obaj byliśmy na innej imprezie 😛 na moim weselu, teraz to rolę się odwróciły i to ja (spojler: świetnie) bawiłem się na Jego weselu. Ale już wtedy Adam a właściwie jeszcze Adaś 😛 pod czujnym okiem Taty uczył się od Jacka teorii jak się prawidłowo spożywa bimber :P, jak się bawić w towarzystwie pięknych Pań , oraz wytrzymać w otoczeniu samych samców.



Ślub odbył się w klimatycznym Kościele w rocznicę chrzcin Panny Młodej więc znowu motyw historyczny się pojawia, Ksiądz mówił mądrze i krótko (w przeciwieństwie to tego wpisu bo czuje że ani mądry ani krótki nie będzie). Pierwszy raz spotkałem się z podziękowaniami dla rodziców składanymi już w kościele ale jak dla mnie to genialne posunięcie gdyż ten wzruszający moment mogą zobaczyć wtedy Babcie i Dziadkowie oraz goście którzy są tylko na ślubie.

Następnie szybkie przemieszczenie na sale weselną, mam nadzieję tylko że w samochodzi młodych była temperatura jak w saunie bo przy takiej ilości życzeń Młoda mogła zamarznąć (ale nie po to raz w życiu zakłada się suknie ślubną by ją zasłaniać marynarką)
Wszystko zaczęło się w magicznym miejscu, którego nazwa brzmi jak zaklęcie z Harry’ego Pottera:🪄 Bobrowy Dwór w Smrock-Dwór. Już przy samym wjeździe widać było że ekipa to profesjonaliści i potrafią nawet niedzielnemu kierowcy w sobotni wieczór pokazać miejsce gdzie ma zaparkować tak by na parkingu był porządek.
Wykorzystaliśmy okazję że byliśmy przed Młodymi i zrobiliśmy szybki check in i okazało się że nasz pokój… powiedzieć, że był duży, to jak stwierdzić, że ocean jest „trochę mokry”. Miał powierzchnię połowy Watykanu, a ja przez chwilę zastanawiałem się, czy to nie w naszym pokoju będzie wesele :P. Było tyle miejsca, że limit dzienny kroków mogłem zrobić idąc do łazienki i wracając.
Sala weselna? Była tak pięknie przystrojona, że poczułem się jak w scenografii do filmu, który musiał kosztować miliony. Każdy detal dopracowany, a kwiaty i światła tworzyły atmosferę, w której nawet najbardziej zatwardziały cynik zacząłby wierzyć w jednorożce. Parkiet taneczny – rozmiarów lądowiska dla helikopterów, co pozwoliło na swobodne pomieszczenie wszystkich gości naraz bez wrażenia tłoku.
Przy naszym stoliku, który – o zgrozo! – miał numer 13, atmosfera była tak gorąca, że nawet przesądy stopiły się ze wstydu. Śmiech i anegdoty płynęły swobodniej niż strumień wódki. Okazało się, że 13 to nasza szczęśliwa liczba, zwłaszcza gdy otaczają cię tak fantastyczni ludzie.
Jeśli chodzi o jedzenie to nie było jedzenia… to była symfonia smaków, opera kulinarna, balet dla podniebienia. Moje kubki smakowe wysłały telegram z podziękowaniami, a żołądek zawarł pakt z kucharzem, obiecując dozgonną wierność.
No i wódka. Ach, wódka! Każdy łyk to był krótki kurs kriogeniki, po którym czułem się… doskonale rozmrożony od środka. Była tak zimna, że kostki lodu prosiły o koc. Idealna na rozmrożenie nawet najbardziej sztywnych rodzinnych relacji i spowodowanie że nawet Groot na parkiecie wywija niczym połączenie Swayze i Trvaolty.









Jak już jesteśmy przy muzyce to zespół grał tak, że nogi same rwały się do tańca, nawet te, które przysięgały, że od lat są na emeryturze. Granie mieli tak energiczne i z sercem, że nawet krzesła zdawały się kiwać w rytm.
Tort serwowany był na dworze, wśród zimnych ogni trzymanych przez gości weselnych, które rozświetlały noc jak tysiące spadających gwiazd, i… ogromna ilość baniek mydlanych wypełnionych dymem! Wyglądało to tak, jakby UFO wylądowało na przyjęciu i zaczęło rzucać dymiącymi balonami.
Zabawa trwała do samego rana. Z Jolą zostaliśmy do samego końca, ale i mieliśmy do łóżek blisko.
I wisienka na torcie wspomnień – zobaczenie rzadko widzianej rodziny. Kuzyni, ciotki, wujkowie… wszyscy w dobrym zdrowiu i kondycji, co jest już samo w sobie powodem do świętowania.
Dopiero w niedzielny poranek… no dobra południe zobaczyliśmy z Jolą w jakich pięknych okolicznościach przyrody my się znajdujemy. Dwór wyglądał tak jak na pocztówce, której nikt nie odważył się wysłać, bo bał się, że jej piękno złamie serce adresatowi. Zieleń tak bujna, że bałem się, że usłyszę głos Cejrowskiego komentującego moją obecność. Woda w stawie czy rzece (jeszcze nie doszedłem do tego, co to było) robiła ogromne wrażenie.
Podsumowując, to wesele nie było tylko imprezą. To było wydarzenie stulecia (a przynajmniej tego ćwierćwiecza), pokaz mistrzostwa w sztuce świętowania, uczta dla zmysłów i duszy. Bobrowy Dwór, jego urok, jedzenie, muzyka i przede wszystkim ludzie – stworzyli wspomnienie, które będę wspominał długo.
